piątek, 31 grudnia 2010

podsumowanie grudnia, podsumowanie roku 2010

Dziś ostatni grudnia, pora więc na podsumowanie miesiąca i roku.

Najpierw podsumowanie miesiąca:
W grudniu opisałam 15 książek. 7 z nich to kontynuacje wcześniej zaczętych serii, dwie zaś to początki nowych. Trzy książki wysłuchałam, 8 było z biblioteki, 3 przeczytałam na czytniku (coś strasznie mało w tym miesiącu), zaś jedna była moja własne (niespodzianka, prawda?).
Zrezygnowałam z wysłuchania Hrabiego Monte Christo ze względu na lektora - Marka Bojanowskiego, który czytał tę książkę gorzej niż lektor komputerowy. Żałuję, że musiałam z niej zrezygnować, bo chętnie bym sobie ją odświeżyła (czytałam ją kilka lat temu), może za jakiś czas skuszę się na przeczytanie go na czytniku.
Książką miesiąca zostaje Więzień urodzenia choć miałam pewne trudności z ostatecznym wyborem.
Antyksiążką miesiąca ogłaszam Dzieci umysłu, zaś Arabska żona została tylko minimalnie w tyle.

Teraz część trudniejsza, czyli podsumowanie roku:

Rok 2010 był jednocześnie pierwszym rokiem prowadzenia tego bloga, gdyż pierwszy wpis ukazał się 20 stycznia. Przez pierwsze trzy miesiące wdrażałam się do jego prowadzenia, potem zaś udało mi się rozkręcić. W tym roku napisałam 188 wpisów (łącznie z tym), z których 11 nie było recenzjami, zaś 22 to recenzje "archiwalne" dotyczące książek przeczytanych przed założeniem bloga. Z prostego rachunku wychodzi więc, że w tym roku opisałam 155 świeżo przeczytanych książek, co daje ponad 12 książek miesięcznie i 0,4 książki dziennie.

Wybór książki roku okazał się dość trudny. Po długim biciu się z myślami z finałowej trójki: Królowa Ciemności, Igrzyska śmierci, Tkacz iluzji wybrałam Igrzyska śmierci. Jednak Tkacz iluzji chciałam wyróżnić jako najlepszy zbiór opowiadań, zaś Trylogię Czarnych Kamieni, której ostatnią częścią jest Królowa Ciemności za najciekawszy świat przedstawiony, poruszanie ważnych problemów oraz styl, który nie daje oderwać się od książki. Jednocześnie autorem roku zostaje właśnie Anne Bishop. Poza tym, odkryciem roku stały się dla mnie książki Orsona Scotta Carda, Suzanne Collins, Ewy Białołęckiej, Petera V. Brett'a i Miroslav'a Žamboch, w tej właśnie kolejności.

Z wyborem antyksiążki roku nie mam żadnego problemu i bezkonkurencyjnie zostaje nią Miedziany król, zaś jego autorzy - Marina i Siergiej Diaczenko - zostają antyautorami roku.

Jednocześnie chciałabym życzyć Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, spełnienia wszystkich (nie tylko książkowych) marzeń, więcej czasu na czytanie i możliwości przeczytania wszystkich książek, które przeczytać pragniecie. Szczęśliwego Nowego Roku!

czwartek, 30 grudnia 2010

Jeffrey Archer: Więzień urodzenia

Informacje ogólne
Wydawca: Rebis
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 592
Wymiary: 135 x 215 mm
ISBN: 978-83-7510-214-7
Tytuł oryginału: A Prisoner of Birth
Tłumaczenie: Danuta Sękalska

Ocena
ocena ogólna: 5+/6
fabuła: 5+/6
stopień wciągania: 6/6
uczucie własne: 5+/6

To, że sięgnęłam po tę książkę właśnie teraz, było splotem kilku przypadków. Jakiś czas temu przesłuchałam kilka książek Archera, zaś na początku roku jedną przeczytałam. Ostatnio zauważyłam, że biblionetka bardzo wysoko poleca mi Więzienia urodzenia i postanowiłam dodać ją do kolejki. Dzięki temu poznałam jej okładkę i skojarzyłam, kiedy po przyjeździe do rodziców na święta, okazało się, że mama akurat ją wypożyczyła z biblioteki. Skoro już tak się zdarzyło, to zaczęłam ją czytać.

Swoją drogą to zabawne: recenzja jednej książki Archera (Prosto jak strzelił) była pierwszą recenzją w tym roku (i jednoczenie otwierającą ten blog), ta zaś jest recenzją ostatnia. Można powiedzieć, że tym sposobem zatoczyłam jakiś krąg ;)

Książka opowiada historię Danny'ego - mechanika samochodowego z East Endu, który zostaje oskarżony i skazany za zabójstwo, którego nie popełnił. Jednak kiedy czterema świadkami oskarżenia są: adwokat, popularny aktor, arystokrata i najmłodszy wspólnik w historii szacownej firmy, to kto uwierzy słowom oskarżonego?* Danny zostaje wysłany do więzienia o zaostrzonym rygorze, z którego jeszcze nikomu nie udało się uciec. Jednak nawet wtedy nadal walczy, aby udowodnić swoją niewinność.
W więzieniu Danny poznaje Nicka - dowódcę wojskowego, który został skazany za niesubordynację. Kiedy ten odkrywa, że Danny jest analfabetą, postanawia go uczyć. Szybko okazuje się, że Danny jest bardzo zdolny i w kilku dziedzinach zaczyna nawet przewyższać swojego nauczyciela.

Książka Więzień urodzenia jest naprawdę świetna, Danny to współczesny hrabia Monte Christo, książka zaś poza rozrywką, próbuje dostarczyć także pewne przesłanie. Archer przekonuje nas, że wszyscy na swój odrębny sposób cierpimy, będąc więźniami urodzenia**. Kiedy zaś człowiekowi z East Endu damy szansę do nauki, to może on nawet przewyższyć wykształconego arystokratę. Niestety w tym miejscu jest, moim zdaniem, największa nieścisłość tej książki. Danny chodził do tej samej szkoły co Beth, która jednak wysławia się lepiej od niego. Skoro Danny jest taki zdolny i robi tak wielkie postępy w nauce w trakcie odbywania kary, to jak to się stało, że w szkole nie nauczył się czytać i pisać, skoro Beth się to udało?!
Pomijając jednak tą i jeszcze kilka drobniejszych nieścisłości, książka jest po prostu genialna. Zarwałam przez nią dwie noce, a w czasie pierwszej z nich udało mi się zasnąć, tylko dlatego, że przeskoczyłam i przeczytałam końcówkę. Jednak mimo znajomości zakończenia, środkowa część nadal była bardzo wciągająca, co spowodowało zarwanie drugiej nocy ;)

Chciałabym polecić tę książkę wszystkim, a szczególnie tym, którzy szukają książki zawierających nie tylko rozrywkę, ale także jakieś przesłanie (to, o którym pisałam, nie jest jedyne). Dawno nie czytałam tak dobrej i mądrej książki sensacyjnej.

*okładka
**strona 559

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Wojciech Cejrowski: Gringo wśród dzikich plemion

Informacje ogólne
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok pierwszego wydania: 2003
Rok tego wydania: 2007
Liczba stron: 264
Wymiary: 145 x 210 mm
ISBN: 978-83-7506-017-1
Czyta: Roch Siemianowski

Ocena*
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 4+/6
humor: 5+/6
uczucie własne: 5/6

Gringo wśród dzikich plemion to zbiór opowiadań opisujących przygody autora w Ameryce Południowej. Większość z nich dotyczy przebywania wśród Indian, kilka zaś problemów ze służbami granicznymi. Największą zaletą książki są wielkie dawki humoru włożone w każdą z opowieści. Poza tym, możemy się trochę dowiedzieć na temat życia i zwyczajów Indian zamieszkujących opisywane tereny.

Książka bardzo mi się podobała. Wersja audio w wykonaniu pana Rocha Siemianowskiego była świetna, lektor doskonale podkreślał humor zawarty w książce. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić tę książkę wszystkim, nawet tym, których książki podróżnicze nigdy nie ciągnęły. Bardzo zachęcam do lektury (albo słuchania), bo naprawdę warto.

*Książki słuchałam.

sobota, 25 grudnia 2010

Anne Bishop: Splątane sieci

Informacje ogólne
Wydawca: Initium
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 304
Wymiary: 150 x 215 mm
ISBN: 978-83-62577-00-2
Cykl: Czarne Kamienie (tom 5)
Tytuł oryginału: Tangled Webs
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska

Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 5/6
uczucie własne: 4+/6

Splątane sieci bardzo mnie rozczarowały. Wszystkie wcześniej* czytane przeze mnie książki Bishop były świetne, a ta jest niestety tylko dobra. W tej książce nie ma tego "czegoś" co zachwycało w poprzednich pięciu*. Czyta się ją dobrze, ale po przeczytaniu czuje się niedosyt. Mam nadzieję, że jest to wyjątek potwierdzający regułę i kolejne książki z serii znowu będą miały owo coś. Boję się tylko czy moja nadzieja nie jest płonna.

Splątane sieci tym razem opowiadają nie tylko o Krwawych, ale także o plebejuszach, a dokładniej o tym, co zwykli ludzie wyobrażają sobie na temat swoich władców. Główną bohaterką książki jest Surreal. Pewnego dnia dostaje zaproszenie do Domu Strachu, z jego treści zaś wynika, że jest to raczej rozkaz niż prośba. Surreal zmienia swoje plany i razem z towarzyszem udają się na miejsce. Tam jednak nic nie jest tak, jak się spodziewali...

Zdaje sobie sprawę, że zapewne zaniżyłam ocenę tej książki. Czyta się ją dobrze i pewnie powiedziałabym o niej kilka ciepłych słów, gdyby nie nastąpiła po książkach o wiele lepszych. Dlatego wszystkich będących po lekturze Serca Kaeleer zachęcam do jej lektury, ale proszę nie nastawiajcie się na książkę dorównującą poprzednim, bo się po prostu, tak jak ja, rozczarujecie.

*Chciałam w tym miejscu przypomnieć, że ja już wcześniej czytałam Niewidoczny pierścień, który w wersji oryginalnej został wydany przed Splątanymi sieciami.

czwartek, 23 grudnia 2010

Wesołych świąt!

Wszystkim czytelnikom mojego bloga chciałabym życzyć wesołych świąt spędzonych w rodzinnym gronie.

Życzę wam, aby były one ciepłe i przyjemne, a nie przepełnione wszechobecną teraz bieganiną.

Rick Riordan: Klątwa Tytana

Informacje ogólne
Wydawca: Galeria Książki
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 312
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-928837-7-7
Cykl: Percy Jackson i bogowie olimpijscy (tom 3)
Tytuł oryginału: The Titan's Curse
Tłumaczenie: Agnieszka Fulińska

Ocena
ocena ogólna: 5-/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 5/6,
uczucie własne: 5=/6

Klątwa Tytana to najlepsza z dotychczasowych części cyklu i najbardziej z nich wciągającą. Właściwie jedynym minusem, jest to traktowanie bogów jak nauczycieli, czyli mówienie "pan Zeus" i "proszę pana" do boga. Ale w tej kwestii, to chyba ta seria już tak ma, ewentualnie to tłumaczenie już tak ma (oryginału nie widziałam, więc trudno mi stwierdzić czy autor czy tłumacz tak to rozwiązali).

Książka rozpoczyna się od odnalezienia dwójki nowych herosów: siostry i brata. Poznajemy także Artemidę i jej Łowczynie, które na jakiś czas zamieszkują w obozie herosów, podczas gdy ich pani udaje się na samotne łowy. Wkrótce okazuje się, że bogini zaginęła, z obozu wyrusza wyprawa ratunkowa: Grover, Zoe - przywódczyni Łowczyń, Bianca - jedna z dwójki nowych herosów oraz heroska, którą poznaliśmy pod koniec poprzedniej książki. W niedługim czasie dołącza do nich jeszcze Persy (jak się można tego spodziewać, w końcu to są książki o nim). Teraz trzeba już tylko zdążyć z pomocą przed radą bogów, co wcale nie jest takie łatwe...

Książkę wszystkim bardzo polecam. Moim zdaniem jest najlepsza z dotychczasowych części serii. Akcja toczy się wartko i ledwo się orientujemy, kiedy okazuje się, że właśnie skończyliśmy. Zdecydowanie dobrze się czyta.

wtorek, 21 grudnia 2010

Ursula K. Le Guin: Czarnoksiężnik z Archipelagu

Informacje ogólne
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 1983
Cykl: Ziemiomorze (tom 1)
Tytuł oryginału: A Wizard of Earthsea
Tłumaczenie: Stanisław Barańczak
Czyta: Roch Siemianowski
Dane najnoszego wydania
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 240
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-7648-457-0

Ocena*
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 5/6
uczucie własne: 5/6

Duny urodził się w wiosce Dziesięć Olch na wyspie Gont. Pewnego dnia, kiedy miał siedem lat, podpatrzył jak jego ciotka używa prostej magii, aby zmusić kozę do zejścia z dachu. Nazajutrz sam zastosował te same słowa, w ten sposób został odkryty jego talent do magii.
Pierwszym nauczycielem chłopca była jego ciotka. Zaś po tym, jak Duny uratował swoją wioskę przed najazdem, przyjął go na naukę mag Ogion. On też nadał mu imię Ged. Dość szybko chłopiec rozczarował się naukami u milczącego mistrza. Mag wysłał go na Roke do szkoły czarnoksiężników, gdzie zyskał przyjaciela i wroga. Chęć popisania się przed tym drugim, miała w przyszłości sprowadzić na niego wielkie kłopoty...

Po Czarnoksiężnika z Archipelagu sięgnęłam w ramach powrotu do twórczości Ursula K. Le Guin. Pamiętam, że kiedy byłam w podstawówce, czytałam jej książki i mi się podobały. I generalnie tyle z tego pamiętam, bo ani o czym były, ani jakie tytuły czytałam, w żaden sposób nie umiem sobie przypomnieć.
Czarnoksiężnik z Archipelagu mi się podobał. Ta książka w stylu narracji przypomina mi baśń i w sumie jest to całkiem przyjemne. Jedyne co mi trochę przeszkadzało, to przekonanie, że ja wiem jak należy nazwać Cień, które towarzyszyło mi gdzieś od połowy książki. Nie wiem, czy to było tak oczywiste, czy po prostu ja tę książkę już czytałam i informacja ta utkwiła mi gdzieś w podświadomości. Ostatecznie tego nie rozstrzygnę, ale byłabym wdzięczna za informację, czy wy także się tego domyślaliście.

Podsumowując, Czarnoksiężnik z Archipelagu to bardzo dobra fantasy. Książka opowiada o dojrzewaniu i braniu na siebie odpowiedzialności za swoje czyny, zarówno w kontekście przygód głównego bohatera, jak i koncepcji magii. Myślę, że książkę można polecić każdemu i większości powinna się spodobać. Ja na pewno będę kontynuować ponowne poznawanie twórczości autorki.

*Książki słuchałam.

niedziela, 19 grudnia 2010

Ali Nadżud, Delphine Minoui: Dziesięcioletnia rozwódka

Informacje ogólne
Wydawca: Hachette
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 145
ISBN: 978-83-7575-772-9
Tytuł oryginału: Moi Nojoud, 10 ans divorcée
Tłumaczenie: Ewa Wolańska

Ocena: 4+/6

Książka opowiada o dziesięciolatce, mieszkance Jemenu, którą ojciec (oczywiście wbrew jej woli) wydał za mąż. Mąż co prawda obiecał, że poczeka z sexem, aż dziewczynka uzyska dojrzałość płciową (zacznie miesiączkować), a po tym jeszcze rok, ale złamał słowo już pierwszej nocy.
Nadżud jest załamana conocnymi gwałtami i boi się spać. W dzień nie jest dużo lepiej, teściowa traktuje ją jak służąca, nie do pomyślenia jest, aby dziewczynka choć trochę pobawiła się z innymi dziećmi. Mimo swoich dziesięciu lat ma się zachowywać jak zamężna kobieta i być posłuszna swojemu mężowi i jego matce.
Nadżud udaje się wyjednać u męża możliwość odwiedzenia rodziców w stolicy. Choć mąż dziewczynki nie dotrzymał słowa, jej ojciec każe jej z nim zostać. Zdesperowana Nadżud postanawia uciec i udać się do sądu, gdzie zamierza żądać rozwodu. Plan udaje się zrealizować.
Sprawa niestety okazuje trudna. Z jednej strony dziewczynkę wydano za mąż bezprawnie, bo była za mała, z drugiej strony jest także za mała, aby żądać rozwodu. Na szczęście w końcu udało się doprowadzić sprawę do końca i orzec rozwód. Dzięki nagłośnieniu tej sprawy, inne dziewczynki zyskały odwagę, aby także pójść do sądu. I jest to szczęście w nieszczęściu, mi się w głowie nie mieści, że taka sytuacja mogła się wydarzyć, a co więcej nie być odosobnionym przypadkiem, w 2008 roku!

Książkę czytało się dość dobrze (właśnie tego jak się czytało dotyczy ocena). Jest to pozycja na jeden wieczór, bo jest to książka cienka i z dużym drukiem, więc lektura nie zajmuje zbyt dużo czasu. Historia w niej opowiedziana, jest (przynajmniej dla mnie) wstrząsająca. Nie zdawałam sobie sprawy, że takie są realia w krajach arabskich. I choć wiem, że książka opowiada prawdziwą historię, to to, co tam się dzieje w głowie mi się nie mieści. Jak my nie doceniamy tego, że żyjemy w miarę normalnym kraju...

sobota, 18 grudnia 2010

Rick Riordan: Morze potworów

Informacje ogólne
Wydawca: Galeria Książki
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 280
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-928837-1-5
Cykl: Percy Jackson i bogowie olimpijscy (tom 2)
Tytuł oryginału: The Sea of Monsters
Tłumaczenie: Agnieszka Fulińska

Ocena
ocena ogólna: 4/6
fabuła: 3+/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 4/6

Percy jest już o rok starszy i udało mu się dotrwać do ostatniego dnia roku szkolnego w tej samej szkole. Ostatni dzień okazuje się jednak straszny i Percy musi uciekać z miasta. Razem z nim do obozu herosów udaje się Annabeth (jego przyjaciółka z zeszłego roku) i Tyson - "kolega" szkolny. Okazuje się, że ktoś zatruł sosnę Talię i przez to obóz nie jest już bezpiecznym miejsce. Jakby tego było mało, o chorobę drzewa oskarżono Chejron, przez co musi on opuścić obóz. Jego miejsce zajmuje Tantal, który nie znosi dzieci i którego wcale nie interesuje bezpieczeństwo obozu. Bezpieczeństwem muszą zająć się sami obozowicze i to jeszcze w tajemnicy przed opiekunem.
W tym czasie Persiemu śni się Grover w jaskini częściowo ślepego cyklopa, który chce go poślubić sądząc, że jest cyklopicą. Grover mówi Persiemu, że są mentalnie połączeni i że potrzebuje natychmiastowej pomocy. Annabeth uświadamia Persiego, że jeżeli jego sen jest prawdą, to być może ratując Grovera, uda się uratować obóz. Jednak uzyskanie misji po rządami Tantala, to nie jest prosta sprawa...

Morze potworów podobało mi się trochę mniej niż Złodziej pioruna chyba dlatego, że fabuła jest trochę chaotyczna. Z drugiej strony podoba mi się postać Tysona, moim zdaniem dodaje ona uroku tej książce.
Nadal bardzo polecam tę serię młodzieży. Dorosłym już bardziej umiarkowanie, ale także, jako lekką acz nieszczególnie ambitną lekturę. Ja czytanie serii zamierzam kontynuować, mam już wypożyczone kolejne dwie części, więc pewnie niedługo będzie recenzja Klątwy tytana szczególnie, że muszę ją oddać do 5 stycznia, bo jest zamówiona przez kolejnego czytelnika.

piątek, 17 grudnia 2010

Tanya Valko: Arabska żona

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 560
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-7648-405-1

Ocena
ocena ogólna: 3+/6
fabuła: 3=/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 3+/6

Wstrząsająca historia Polki, która poślubiła muzułmanina. grzmi okładka, ale to co oddaje ducha tej książki jest napisane na końcu Autorka połączyła w tej powieści wiele ludzkich historii, które przetworzyła na fikcję literacką. Taaak... Właśnie wielość tych historii wybitnie widać w tej książce, jest ich zdecydowanie za wiele.
Historia opowiedziana w tej książce jest po prostu nieprawdopodobna. Jestem w stanie uwierzyć w realizm każdego z wydarzeń, ale nie wszystkich na raz! Ale zacznijmy może od początku...

Dorota jest w klasie maturalnej. Z okazji swoich osiemnastych urodzin idzie ze znajomymi do pubu. Jest to jej pierwsza wyprawa w takie miejsce, ponieważ nadopiekuńcza, samotnie wychowująca ją matka trzyma ją cały czas pod kloszem. Znajomi szybko wtapiają się w tłum, zostawiając ją samą. Wtedy to właśnie poznaje Ahmeda - jedynego trzeźwego mężczyznę w barze.
Ta część książki pisana jest strasznie infantylnym językiem, nie wiem, czy jest to celowy zabieg, ale robi dość groteskowe wrażenie, w końcu osiemnastolatka nie jest już dzieckiem.

Potem mamy zacieśnianie się ich znajomości, jej wyprawy do miasta, w którym on studiuje, w końcu jej bal maturalny i mało prawdopodobne wydarzenia w jego trakcie i zaraz po nim. Dodatkowo okazuje się, że Dorota jest w ciąży...
Już na tym etapie, można dostrzec sygnały, że Ahmed, to nie jest najtrafniejszy wybór, ale Dorota zarówno wtedy, jak i później, konsekwentnie je ignoruje.

Po polskim okresie, reszta książki dzieje się w Libii. Poznajemy wtedy reguły rządzące arabskim społeczeństwem i próby Doroty, aby się w to społeczeństwo wpasować. Dowiadujemy się, że mimo XXI wieku, kobiety w tamtym kraju nadal nie mają żadnych praw i są całkowicie uzależnione od mężczyzn. Już sam libański okres jest, moim zdaniem, kompilacją zbyt dużej liczby historii...

Generalnie książka mi się nie podobała. Na początku raziła mnie infantylność narracji, a potem nieprawdopodobność całej historii. Myślę, że z tego samego materiału, miały by szansę powstać, dwie, a może nawet trzy, dobre książki, każda opowiadająca fragment historii zawartej w Arabskiej żonie. Niestety autorka wszystkie wydarzenia kazała przeżyć jednej bohaterce, co spowodowało, że książka zamiast szokować i wzruszać, śmieszy. Czytałam dalej, bo mimo wszystko książka jest dość wciągająca, choć jest to wciągalność na zasadzie, co też autorka jeszcze wymyśli. Ale wciągalność to jedyna zaleta tej książki. Zdecydowanie nie polecam.

czwartek, 16 grudnia 2010

Orson Scott Card: Dzieci umysłu

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 1998
Liczba stron: 373
Wymiary: 142 x 202 mm
ISBN: 83-7180-898-4
Cykl: Ender (tom 4)
Tytuł oryginału: Children of the Mind
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa

Ocena
ocena ogólna: 3+/6
fabuła: 3/6
stopień wciągania: 4/6
uczucie własne: 4=/6

Jestem bardzo rozczarowana tą książką, choć przyznaje, że powinnam się w sumie czegoś takiego spodziewać po Ksenocydzie.

Dzieci umysłu to rozwinięcie wydumanej teorii z poprzedniej części. Generalnie na tej teorii opiera się większość książki. Dodatkowo mamy jeszcze rozwinięcie kwestii pewnej kreacji i to też staje się dla mnie zbyt wydumane. Do tego wszystkiego dochodzą dysputy filozoficzne, których, szczególnie w pierwszej połowie, jest strasznie dużo. Science-fiction filozoficzne, to zdecydowanie nie jest coś dla mnie, choć w sumie nie wiem, że tę książkę można jeszcze zakwalifikować do science-fiction...

Dzieci umysłu zamykają wszystkie wątki rozpoczęte w Mówcy Umarłych i Ksenocydzie, aczkolwiek autor otworzył i nie zamknął kolejny wątek, zostawiając sobie otwartą furtkę do kontynuacji. Ja osobiście się cieszę, że furtki tej nie wykorzystał, bo wolę nie wiedzieć jakie wydumane teorie mógłby autor wymyśleć w kolejnej książce na ten temat.

Mimo tego rozczarowania, nie zamierzam rezygnować z przeczytania innych książek autora, ale zamierzam zrobić sobie teraz długą od niego przerwę. Mam nadzieję, że inne jego książki są bardziej podobne do Gry Endera lub Mówcy Umarłych niż Dzieci umysłu.

Książkę czytałam na czytniku.

wtorek, 14 grudnia 2010

John Grisham: Klient

Informacje ogólne
Wydawca: Amber
Rok pierwszego wydania: 1994
Rok tego wydania: 2001
Liczba stron: 319
Wymiary: 145 x 205 mm
ISBN: 83-7169-877-1
Tytuł oryginału: The client
Tłumaczenie: Marcin Wawrzyńczak
Czyta: Roch Siemianowski

Ocena*
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 4+/6

Mark to jedenastolatek, który przeszedł za dużo. Większa część jego życia upłynęła w strachu przed pijanym ojcem, z którym w końcu matce udało się rozwieść. Mark ma młodszego brata Rickiego, który przyłapał go na paleniu papierosów. Ponieważ zagroził, że powie mamie, Mark zgadza się nauczyć go palić. Z tego właśnie powodu trafiają sami na skraj lasu, w miejsce, gdzie sławny prawnik postanowił popełnić samobójstwo zatruwając się gazem.
Romey był prawnikiem mafii. Zawsze chętnie bronił przestępców, mimo przekonania, że są oni winni zarzucanych sobie czynów. Tym razem jednak załamał się po tym, jak jego klient zdradził mu miejsce ukrycia zwłok senatora. Romey jest przekonany, że po poznaniu tej informacji, on także musi zginąć, więc postanawia załatwić do osobiście.
Mark chce pomóc mężczyźnie i nie dopuścić do jego śmierci, dlatego ostrożnie przeczołguje się do auta i wyciąga z rury wydechowej gumowy wąż, który służy do doprowadzania spalin do wnętrza auta. Romey szybko orientuje się, że coś jest nie tak, zaś kiedy kolejny raz musi wyjść z samochodu, aby poprawić wąż, zaczyna być podejrzliwy. Następna próba pomocy kończy się dla Marka tragicznie - mężczyzna łapie go i wciąga do samochodu. Romey przekonany, że razem z chłopcem zaraz umrą, zdradza mu miejsce ukrycia zwłok. Nie wiem, że Mark nie był sam i że jego brat odłączył wąż. Kiedy Romey zapada w pijacki sen, chłopak ucieka z samochodu. Kilka chwil później obaj bracia są świadkami tego, jak prawnik strzela sobie w głowę.
Od tej chwili Markiem zaczynają interesować się zarówno FBI, jak i mafia...

Szczerze powiedziawszy mam mieszane uczucia co do tej książki. Z jednej strony w sumie nie jest taka zła. Momentami można się nawet trochę pośmiać. Ale finałowa wyprawa do innego miasta jest już trochę za bardzo wydumana. Myślę, że żaden jedenastolatek nie wpadł na taki pomysł, a jeżeli już, to nie zdecydowałby się na realizację.
Generalnie pomysł wydaje mi się dobry na dłuższe opowiadania a nie całą powieść. I w pewnym momencie zaczęłam mieć wrażenie przeciągania akcji na siłę. Niby nadal były wciągające momenty, ale i tak pozostawało to wrażenia niepotrzebnego przedłużania książki. Gdyby to była moja pierwsza książka Grishama, to zastanawiałabym się, czy dać mu kolejną szanse. Ponieważ jednak jest to druga, to na pewno spotkam się jeszcze z tym autorem. Jak ustaliłam z Podsłuchem następną książką będzie Czas zabijania. Zobaczymy jakie tym razem będę miała wrażenia... ale to na pewno nie wcześniej niż w lutym, a całkiem prawdopodobne, że nawet później.

*Książki słuchałam.

niedziela, 12 grudnia 2010

Michael Scott Rohan: Lodowe kowadło

Informacje ogólne
Wydawca: Amber
Rok wydania: 1994
Liczba stron: 430
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 83-7082-686-5
Cykl: Zima świata (tom 1)
Tytuł oryginału: The Anvil Of Ice
Tłumaczenie: Mateusz Łuczak

Ocena
ocena ogólna: 5-/6
fabuła: 5-/6
stopień wciągania: 5-/6
uczucie własne: 5-/6

Alv był podrzutkiem, przywódca wioski przygarnął go, aby uzyskać taniego niewolnika. Nawet imię wybrano mu tak, aby jak najbardziej odstawał od innych, Alv, czyli złośliwy chochlik, odmieniec. Mimo tego, to właśnie on ostrzega przed wrogimi statkami, w nagrodę zaś nie zostaje wpuszczony za bramę, bo przybiegł za późno. Jednak wszystko to na nie dużo się zdaje, wioska przegrywa, zaś Alv jest jednym z niewielu ocalałych.
Mimo pobytu poza wioską, zostaje schwytany, ale towarzyszący najeźdźcom mistrz kowalski ratuje go z niewoli i przyjmuje na swojego ucznia. Od tej pory chłopiec przebywa w niedostępnej kamiennej wieży, gdzie uczy się tajników rzemiosła.
Na ciężkiej pracy mijają mu dni, miesiące i lata, aż pewnego dnia mistrz każe mu wykonać trzy prace, które pozwolą awansować go na czeladnika: jest to bransoleta, hełm i miecz. W konsekwencji wykonania tego ostatniego, całkowicie zmienia się życie Alva, a on już nigdy nie będzie taki sam...

Lodowe kowadło czytało mi się bardzo dobrze. Akcja jest w większości przypadków nieprzewidywalna i przez większość czasu wciągająca. Książka opowiada o dojrzewaniu głównego bohatera, o tym jak zaczyna on dostrzegać rzeczy i wyciągać wnioski z faktów, na które wcześniej nie zwracał uwagi. Głównego bohatera poznajemy jako chłopca, żegnamy zaś jako młodego mężczyznę umiejącego ponosić konsekwencje swoich czynów.

Książkę można polecić każdemu miłośnikowi magii i opowieści o walce dobra ze złe. Niestety patrząc na sytuację w warszawskich bibliotekach (szukałam w trzech dzielnicach: Ochota, Wola i Śródmieście), szansa na upolowanie całej trylogii jest bardzo znikoma. Lodowe kowadło znalazłam w trzech śródmiejskich bibliotekach, drugiego tomu, czyli Kuźni w lesie w tych trzech dzielnicach nie udało mi się wogóle znaleźć, zaś trzecia część - Młot Słońca objawił się w jednej ochockiej. Miło by było jakby jakieś wydawnictwo zainteresowało się tą trylogią i wznowiło ją, a potem przetłumaczyło jeszcze trzy książki będące jej kontynuacją... no ale można sobie pomarzyć...
Ja mam o tyle szczęście, że tylko na Lodowe kowadło musiałam urządzić polowanie. Dwa kolejne tomy znalazłam w formie elektronicznej i na pewno za jakiś czas je przeczytam.

czwartek, 9 grudnia 2010

Maite Carranza: Lodowa pustynia

Informacje ogólne
Wydawca: Jaguar
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 350
Wymiary: 135 x 205 mm
ISBN: 978-83-60010-79-2
Trylogia Wojna czarownic (tom 2)
Tytuł oryginału: El desierto de hielo
Tłumaczenie: Marcin Sarna

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 5-/6
stopień wciągania: 5+/6
uczucie własne: 5/6

Lodowa pustynia, druga część trylogii Wojna czarownic, to opowieść matki Anaid - Selene. Całkowicie zgadzam się z Kalio, że jest ona o wiele lepsza od Klanu Wilczycy, fabuła jest o wiele ciekawsza i książka zdecydowanie mocniej wciąga.

W drugim tomie poznajemy okoliczności poczęcia i narodzin Anaid. Słuchamy jak Selene opowiada o swojej młodości, chęci zerwania z Omar i życia życiem zwykłej dziewczyny. Dowiadujemy się o jej szalonej miłości, jej ucieczce przed klanem, obowiązkami i matką, która w jej mniemaniu przekładała sprawy Omar, nad miłość do córki. Widzimy jak z czasem zmieniają się jej poglądy, wtedy jednak inne zdarzenia powodują, że musi kontynuować swoją ucieczkę, pogoń coraz dalej na północ.
Między wierszami czytamy o problemach Demeter, jej determinacji, aby odnaleźć córkę, jej problemach z wyrażeniem własnych uczuć. Selene, moja córeczko, pozwolisz, że będę nazywać Cię córeczką, choć Ty nie chcesz nazywać mnie matką. pisze Demeter, ale dalej jej list staje się rzeczowy i zimny, przytacza obiektywne argumenty, nie umie przyznać się do błędów, które poróżniły ją z córką. Zamiast pocieszać w trudnej sytuacji, grozi: Jeśli nie pozostawisz mi innego wyboru, ruszę za Tobą i sprowadzę Cię w brew Twojej woli, choć będzie to wyjątkowe bolesne doświadczenie. i choć okrasza to wszystko słowami miłości to wydaje się, że są to tylko słowa.

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, ale chyba chciałabym, żeby była to tylko i wyłącznie historia Selene, bez krótkich fragmentów opisujących zdarzenia z teraźniejszości. Te teraźniejsze wydarzenia jakoś mnie nie przekonywały, a kiedy dowiedziałam się jaki jest właściwie powód tej ucieczki, okazało się, że to właśnie ona spowodowała wydarzenie się najgorszego. Jedynym, co z teraźniejszych zdarzeń, mi się podobało to zakończenie, które zmusza do szybkiego sięgnięcia po kolejny tom, bo akcja się po prostu urywa. Przyznam się szczerze, że od razu zajrzałam do kolejnej części i dopiero tym uspokojona mogłam odłożyć książkę i zacząć pisać recenzję.
Lodowa pustynia zdecydowanie polecam i gdyby była to samodzielna książka polecałabym ją serdecznie wszystkim, ponieważ jednak jest to druga część trylogii i najpierw trzeba przeczytać Klan Wilczycy, to nie jest już tak optymistycznie. W każdym razie, jak ktoś już przebrnie przez pierwszą część, to niech się nie zniechęca i od razu sięga po drugą, bo Lodową pustynię naprawdę warto przeczytać.

Książkę czytałam na czytniku.

środa, 8 grudnia 2010

Anne McCaffrey: Smoczy ogień

Informacje ogólne
Współautor: Todd McCaffrey
Wydawca: Książnica
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 488
Wymiary: 110 x 175 mm
ISBN: 978-83-245-7874-0
Cykl: Jeźdźcy smoków z Pern (tom 17)
Tytuł oryginału: Dragon's Fire
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 5-/6
stopień wciągania: 5+/6
uczucie własne: 5/6

Staram się pisać recenzję na bieżąco, ale niestety nie zawsze mi wychodzi. W przypadku Smoczego ognia nie wyszło mi bardzo. Wszytko przez to, że chciałam napisać recenzję bardzo porządną i odnieść się do poprzedniej części serii czyli Smoczej rodziny, a że czytałam ją dawno, to postanowiłam ją sobie odświeżyć. Ponieważ do odświeżania wolę jednak książkę papierową niż ebooka na czytniku, to postanowiłam ją wypożyczyć z biblioteki i tak minął pierwszy tydzień. Potem nie miałam jakoś czasu, ani weny, skończyłam kolejne książki i napisałam ich recenzję na świeżo, zaś Smoczy ogień zaczął się ode mnie oddalać... i tak minęły kolejne dwa tygodnie. Wreszcie po trzech postanowiłam, że tak dalej nie ma sensu. Ta recenzja nie będzie tak dobra, jak chciałam, aby była, ale w końcu będzie. Bo jak nie napiszę jej teraz, to nie napiszę już chyba nigdy. Bo zaraz skończę kolejne trzy książki i znów nie będzie mi się chciało pisać tej zaległej recenzji, bo będę miała do napisania trzy świeże. Tak więc czas najwyższy.

Głównym bohaterem powieści jest Pellar - przybrany syn harfiarza Zista. Chłopiec urodził się niemową, nosi więc ze sobą wszędzie tabliczkę, za pomocą której może się porozumiewać. Po dwóch nieudanych próbach porozumienia z Wygnanymi, Cech Harfiarzy postanawia wysłać Zista do nowo tworzonej kopalni, Pellar zaś ma towarzyszyć mu potajemnie i składać raporty z obserwacji Wygnanych. Jest to oczywiście dopiero początek przygód Pellara...

Książka jest bardzo mocno powiązana miejsce i czasem akcji z książką Smocza rodzina. Kopalnia węgla, o której mowa, to kopalnia Natalona, a Zist zostaje przy niej harfiarzem. Wydarzenia przedstawiane są z zupełnie innej perspektywy, czas akcji zaś zaczyna się przed wydarzeniami z poprzedniej książki, a kończy po nich. Książka rozwija tematykę wherów, zapoczątkowaną w poprzedniej części cyklu, a także opowiada o kopalniach smoczego kamienia.

W pewnym momencie miałam wrażenie, że autorka strasznie miesza i sama już nie pamięta, co pisała w poprzednich częściach cyklu, co spowodowało, że przez trochę czytałam z mniejszym zapałem. Po chwili jednak mój trud został nagrodzony, bo nastąpił gwałtowny zwrot i okazało się, że tak miało być od początku, nieścisłości zaś były jak najbardziej celowe.

O ile Smocza rodzina zniechęciła mnie do tego cyklu i spowodowała, że przestałam się interesować tym, czy kolejne części zostaną wydane po polsku i kiedy, o tyle Smoczy ogień zachęcił mnie do powrotu. Książka przypomniała mi zachwyt z jakim czytałam poprzednie tomy cyklu i spowodowała chęć szybkiego przeczytania kolejnej części pod tytułem Smoczy harfiarz, która niedawno wyszła po polsku.
Po przeanalizowaniu sytuacji i dojściu do wniosku, że w bibliotece to ona za szybko się nie pojawi, zaś cena jest zachęcająca do zakupu, postanowiłam ją nabyć. Przy mojej chęci do kupowanie książek, można to uznać za wielki sukces Smoczego ognia. Nie spodziewam się co prawda, abym przeczytała ją jeszcze w tym roku, bo mam za dużo innych pozycji które mają przed nią pierwszeństwo, ale jest dość prawdopodobne, że w styczniu ukaże się recenzja Smoczego harfiarza. Jak sądzę można się domyślić z tego przydługiego podsumowania, że książkę bardzo polecam wszystkim miłośnikom cyklu :)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Bernard Cornwell: Trafalgar 1805

Informacje ogólne
Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 399
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-89700-57-5
Cykl: Kampanie Richarda Sharpe'a (tom 4)
Tytuł oryginału: Sharpe's Trafalgar: Richard Sharpe and the Battle of Trafalgar, October 1805
Tłumaczenie: Feliks Forbert-Kaniewski
Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 4+/6

Richard Sharpe wraca z Indii do ojczyzny. Jeszcze przed zaokrętowaniem spotyka go nieprzyjemna przygoda, ale ma ona pozytywny wpływ na późniejsze wypadki. W drodze do Anglii Richard zakochuje się w niedostępnej arystokratce i zostaje obrabowany z części zdobytych klejnotów. W końcu 21 października 1805 roku bierze udział w bitwie pod Trafalgarem.

W książce jest sporo odniesień do bitwy pod Assaye, której jednym z dowódców był Pohlmann. Okazuje się, że Sharpe pomógł mu w jakiś sposób w ucieczce (po klęsce jego wojsk), a w czasie rejsu obiecuje nie zdradzić jego tożsamości. Przy każdym wspomnieniu o tej bitwie lub dowódcy, zęby same mi zaczynały zgrzytać. Niech mi ktoś wyjaśni czemu polscy wydawcy nie mogą wydawać książek w oryginalnej kolejności? No czemu? Przez Trafalgarem w serii Sharpe'a są jeszcze dwie książki, które Erica po prostu pominęła, a jedna z nich dotyczy właśnie wspominanej bitwy. Zresztą co ja się dziwię, pierwszy tom serii (z 3 wydanych) został wydany na końcu, a dalszych mimo zapowiedzi w książkach, jak nie było od 2 lat, tak nie ma...

Książka podobała mi się o wiele mniej od Tygrysa i sądzę, że spory wpływ na to miały te odniesienia, których nie rozumiałam. Opis bitwy morskiej też mnie jakoś nie zachwycił, choć dla innych może to być pewnie zachęcające.
Generalnie książki nie polecam dopóki ktoś w Polsce nie wyda Sharpe's Triumph: Richard Sharpe and the Battle of Assaye, September 1803, chyba że czytelnik jest w stanie przeczytać te książkę po angielsku, zanim sięgnie po Trafalgar. Bo czytania z dziurami zdecydowanie nie polecam, bo zęby potem bolą, zaś książkę odbiera się gorzej.

sobota, 4 grudnia 2010

Orson Scott Card: Ksenocyd

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 1991
Liczba stron: 488
Wymiary: 142 x 202 mm
ISBN: 978-83-7648-358-0
Cykl: Ender (tom 3)
Tytuł oryginału: Xenocide
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 6+/6
uczucie własne: 5/6

Książka Ksenocyd, tak samo jak poprzednie powieści Carda, jest bardzo wciągająca. Jest bezpośrednią kontynuacją Mówcy Umarłych i niestety nie zawiera żadnego wprowadzenia, dlatego też żałuję, że zrobiłam sobie między Mówcą a Ksenocydem prawie pół roku przerwy, gdyż pewne fakty zatarły się już w mojej pamięci i musiałam sobie przejrzeć Mówcę.
Właściwie książki Mówca umarłych, Ksenocyd i Dzieci umysłu tworzą trylogię o prosiaczkach... szkoda tylko, że nigdzie nie znalazłam tej informacji, zanim zaczęłam czytać... choć z drugiej strony przecież wiedziałam, że historia jest niedokończona, więc właściwie nie wiem czemu zrobiłam sobie tak długą przerwę. W każdym razie teraz tego błędu nie powtórzę. Teraz mam na czytniku Lodową pustynię, a jak tylko ją skończę zacznę czytać Dzieci umysłu.

Może jednak wrócę do samej książki. W Ksenocydzie poznajemy jeszcze jedną planetę poza Lusitanię - planetę Drogi. Na planecie wyznawców Drogi żyją bogosłyszący - ludzie słyszący głos bogów, będący przywódcami całej planety. Najpierw bogowie, potem przodkowie, potem lud, potem władcy, na końcu ty. - to wyznanie Drogi, ale jak człowiek może odgadnąć czego chcą bogowie, nawet gdy jest bogosłyszącym?

Chyba tyle można napisać na temat fabuły, jeżeli nie chce się zdradzić niczego z wydarzeń z Mówcy. Tak więc teraz będzie podsumowanie, potem zaś napiszę coś więcej dla tych, którzy już Mówcę czytali.

Ogólnie książka bardzo mi się podobała, wciągalność zaś była tak duża, że pierwszy raz w książce czytanej na czytniku zdarzyło mi się, że przeskakiwałam strony... o tym, że zarwałam przy okazji noc nie warto wspominać ;) Z fabułą było już trochę gorzej. Chyba nie lubię kiedy w science-fiction zaczynają się pojawiać zbyt wydumane teorie, a tak odebrałam jeden z kluczowych pomysłów z końca książki.
Wszystkim miłośnikom science-fiction książkę jak najbardziej polecam, a tych którzy jej miłośnikami jeszcze nie są, zachęcam mimo wszystko do lektury Gry Endera, bo jest to książka po prostu genialna!

Teraz napiszę kilka słów dla osób będących już po lekturze Mówcy umarłych.

Flota nadlatuje nad Lusitanię. Co prawda do jej przylotu minie jeszcze kilka lat, ale wiadomym jest, że uzbrojono ją w Małego Doktora. Demostenes wyruszył także i w czasie całej podróży wysyła teksty w obronie planety. Lusitania ma także wewnętrzne problemy - descolada cały czas się zmienia, ludzie nieustannie muszą wymyślać nowe sposoby jej neutralizacji, czy wirus nie wygra tego wyścigu zbrojeń?
Część prosiaczków przyjmuje chrześcijaństwo, jednak większość ludzi nadal żyje za ogrodzeniem, bojąc się i nie rozumiejąc swoich sąsiadów. Czy naprawdę możliwa jest pokojowa koegzystencja dwóch tak różnych ras? A co będzie, kiedy ludzkie społeczeństwo dowie się o odrodzeniu robali?
Zaś wśród gwiazd istnieje jeszcze jedna istota, której grozi zagłada, czy jest ona nieuchronna?

Książkę czytałam na czytniku.

środa, 1 grudnia 2010

Podsumowanie listopada 2010

Od tego miesiąca postanowiłam pisać podsumowanie miesiąca. Nie wiem jak długo wytrwam w tym postanowieniu, ale może coś takiego będzie miało sens. Zobaczymy...

W poprzednim miesiącu opisałam* 14 książek. Sześciu z tych książek wysłuchałam, resztę przeczytałam, dwie pochodziły z biblioteki, sześć przeczytałam na czytniku. W listopadzie nie miałam szczęścia trafić na żadną książkę, w której bym się zakochała, choć odkryłam w nim Gabaldon, Grishama i Furey, z którymi znajomość mam zamiar kontynuować.

W listopadzie zrezygnowałam z przeczytania dwóch książek.
Były to:
->Inkwizytor Patricio Sturlese'a - przeczytałam 27%, książka zaś mnie wcale nie wciągnęła, dałam więc sobie spokój, skoro wcale nie jestem ciekawa dalszych losów bohaterów. Po kolejną książkę autora (nawet jakby jakaś została przetłumaczona) na pewno nie sięgnę.
->Zorza północna Philipa Pullmana - początkowo książka nawet mnie wciągnęła, ale potem autor zaczął za bardzo gmatwać opisywany świat, a może odstraszyło mnie wmieszanie do opowieści tamtejszego kościoła? Nie wiem. Faktem jest, że przeczytałam prawie 35% i przestałam mieć ochotę czytać dalej. Może kiedyś spróbuje jeszcze raz (choć jest to wątpliwe), dość prawdopodobne natomiast, że zaryzykuję jeszcze lekturę książki Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus tego autora.

Subiektywnie mam wrażenie, że jakoś nie miałam w poprzednim miesiącu szczęścia z trafianiem w naprawdę dobrą książkę. Ale może to wina jesieni? Skoro jednak tak, to poprawy można by się spodziewać dopiero na wiosnę, więc mam nadzieję, że był to po prostu wyjątkowo niefartowny pod tym względem miesiąc i taka zła passa się już więcej nie powtórzy.

*czasem recenzje ukazują się z pewnym opóźnieniem, z reguły zaś wychodzi jakoś tak, że kilka książek kończę jednocześnie na początku miesiąca, trudno mówić, że je w danym miesiącu przeczytałam, więc dlatego lepiej będę pisać o książkach opisanych

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...