Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lipca 2012

Nate Kenyon: Diablo III: Zakon

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 496
Wymiary: 125 x 195 mm
Tytuł oryginału: Diablo III: The Order
Tłumaczenie: Mateusz Repeczko

Ocena
ocena ogólna: 4=/6
fabuła: 4=/6
stopień wciągania: 4/6
uczucie własne: 3/6
Deckard Cain jest ostatnim z potomków Horadrimów. W młodości odrzucił swoje dziedzictwo nie wierząc w opowieści matki i uważając ją za szaloną. Wiele lat później przekonał się, że jednak ona miała rację. Teraz wyrusza na ostatnią walkę ze złem i wydaje się, że nie jest w stanie z nim zwyciężyć.

Kiedy po otwarciu paczki z Fabryki, okazało się, że poza zamówionym pozycjami, otrzymałam także egzemplarz recenzencki Diablo III: Zakon stwierdziłam, że na pewno go nie przeczytam. Nie pociągają mnie jakoś książki pisane pod temat i nie mam do nich przekonania. Niedługo potem przyszedł moment, kiedy musiałam pojechać gdzieś tramwajem, nie chciałam zaś zaczynać żadnej interesującej książki, bo bałam się, że będę ją potem czytać w czasie, który powinnam przeznaczyć na inne czynności. Stwierdziłam więc, że jednak spróbuję, najwyżej popatrzę sobie przez okno. Po 20 minutach lektury okazało się, że nawet nie jest tak źle. Początek okazał się nawet interesujący i stwierdziłam, że kontynuacja lektury ma nawet jakiś sens. Skończyło się na tym, że czytałam tę książkę nawet w domu.
Wbrew moim początkowym obawą książka okazała się nawet interesująca. Nie za bardzo podobał mi się przedstawiony świat, ale ja generalnie nie lubię takich mrocznych klimatów, więc nie ma się czemu dziwić. Momentami książka była nawet dość wciągająca i naprawdę byłam ciekawa co będzie dalej. Zakończenie mnie za bardzo nie usatysfakcjonowało, bo mimo wszystko było dość przewidywalne i nie wyjaśniało wcale kwestii mocy dziewczynki. Ale ogólnie było dobrze.

Może jakoś szczególnie do lektury nie zachęcam. Ale jeżeli ktoś lubi gry "Diablo" to znajdzie w niej wiele odniesień do części pierwszej i drugiej gry zaś główny bohater książki jest także głównym bohaterem trzeciej części gry. Ja osobiście nie grałam w żadną z tych gier, zaś informacje o nich czerpałam z internetu i od kolegów, ale wydaje mi się, że książka powinna być dobrą propozycją dla zagorzałych graczy uniwersum Diablo.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

sobota, 23 czerwca 2012

Faith Hunter: Zmiennoskóra

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 480
Wymiary: 125 x 205 mm
Cykl: Jane Yellowrock (tom 1)
Tytuł oryginału: Skinwalker
Tłumaczenie: Małgorzata Koczańska

Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 4+/6
styl narracji: 5/6
uczucie własne: 4/6
W świecie, gdzie ludzie, wampiry i wiedźmy żyją obok siebie, zaś młode niekontrolowane wampiry stanowią wielkie niebezpieczeństwo, Jane jest łowczynią szalonych wampów. Właśnie pierwszy raz w swojej karierze została wynajęta przez radę krwi z zadaniem zlikwidowania odszczepieńca.
Jane nie jest człowiekiem. Jest zmiennoskóra, umie przybrać postać dowolnego zwierzęcia o zbliżonej masie. Nie wiem, skąd się wzięła, nie zna nikogo takiego jak ona. Kilkanaście lat temu znaleziono ją - nagą dwunastolatkę z całkowitą amnezją. Powoli przypominała sobie kim jest, ale większości wspomnień jeszcze nie odzyskała.
I jest jeszcze Bestia. Dzieli z Jane jedno ciało, choć nie jest jej częścią. W tej chwili dominację ma Jane, ale były czasy, gdy to Bestia dominowała. Jane jest przekonana, że nawet jak na zmiennoskórą jest wyjątkowa. Bestia nazywa ją złodziejką, ale nie chce zdradzić jak zostały połączone. Czy przyjęcie zadania od wampirów, pomoże Jane uporać się z duchami przeszłości?

Zmiennoskórą czytało mi się bardzo przyjemnie. Były momenty, w których naprawdę było mi trudno oderwać się od książki. Podobała mi się dwuosobowa narracja - w postaci człowieka z perspektywy Jane, w postaci pumy oczami Bestii. Z nich dwóch chyba bardziej polubiłam kota, ale obie są sympatyczne. Wszystkim lubiącym urban lub dark fantasy, książkę serdecznie polecam :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

niedziela, 26 lutego 2012

Olga Gromyko: Wiedźma naczelna

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 528
Wymiary: 125 x 195 mm
Cykl: Wolha Redna (tom 3)
Tytuł oryginału: Верховная ведьма
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya

Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 4/6
uczucie własne: 5-/6

Wolha się zaręczyła. Oczywiście wybrankiem jest pewien wampir... ten znający jej wszystkie myśli... dosłownie. Trzeba jednak wyjechać z Dogewy aby zgromadzić materiały potrzebne do zdobycia tytułu bakałarza trzeciego stopnia. Naprawdę trzeba? Czy to tylko pretekst do ucieczki, bo perspektywa ślubu coś zepsuła? Jedno jest pewne: każde z nich za bezpieczeństwo drugiego odda życie i nie pozwoli samotnie mierzyć się z niebezpieczeństwem.

Wiedźma naczelna jak wszystkie powieść cyklu, jest książką humorystyczną. Trudno nie uśmiechać się czytając o przygodach W. Redny. Jest to lekka powieść, na takie chwile, kiedy książka ma nam zapewnić relaks bez intelektualnych wyzwań. Potrzebowałam właśnie takiej lektury i Wiedźma spisała się w tej roli doskonale. Książkę serdecznie polecam :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

niedziela, 4 grudnia 2011

Michael J. Sullivan: Królewska Krew. Wieża elfów

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 736
Wymiary: 125 x 195 mm
Cykl: Odkrycia Riyrii (tom 1)
Tytuł oryginału: The Crown Conspiracy; Avempartha
Tłumaczenie: Edward Szmigiel

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 5/6
uczucie własne: 5/6

Królewska Krew. Wieża elfów jest chyba pierwszą z czytanych przez mnie książek, która w polskim wydaniu zawiera w jednej pozycji dwa tomy wersji oryginalnej. Nie jest bynajmniej tak, że oryginalne tomy są jakoś przesadnie cienkie. Pierwszy tom w wersji polskiej kończy się na 350 stronie, więc spokojnie oba tomy można by wydać jako osobne pozycje. Nie wiem czemu Prószyński podjął taką decyzję, ale każdy kupujący powinien się cieszyć, bo nabywając jedną książkę uzyskuje dwa tomy bardzo przyjemnego cyklu. Gorzej, jeżeli tę powieści, tak jak ja, czyta w tramwaju, bo waga tej pozycji mała nie jest, no ale nie można mieć wszystkiego... ;)

Cykl Odkrycia Riyrii opowiadają o przygodach dwóch sławnych złodziei: Hadriana i Royca, duetu nazywanego "Riyria". Hadrian jest mistrzem miecza, natomiast Royce jest świetny w skradaniu się i otwieraniu zamków. Na ich koncie jest wiele spektakularnych sukcesów, ich klientami są osoby z wyższych sfer, którzy bez szemrania płacą żądane stawki, mimo, że te nie należą do małych.

W Królewskiej krwi Riyria, z powodu miękkiego serca Hadriana, pakuje się w wielkie tarapaty. Złodziejski duet zostaje niesłusznie oskarżony o zabicie króla i skazany na śmierć. Dzięki niespodziewanej pomocy udaje im się uciec, przy okazji porywając następce tronu...

W Wieży elfów Riyria wyrusza na ratunek wiosce nękanej przez złą bestie, którą pokonać może tylko oręż ukryty w sąsiadującej z osadą wieży zbudowanej przez elfy wiele wieków temu. Kiedyś do wieży prowadził most, teraz zaś jest ona niedostępna ze względu na otaczające ją spienione wody wodospadu. Dodatkowo utrudniają wszystko machinacje kościoła, który dąży do przywrócenia Imperium i osadzenie na jego tronie marionetkowego władcy.

Oba tomy bardzo mi się podobały. Fabuła nie była schematyczna i wielokrotnie zaskakiwała. Bardzo polubiłam złodziejski duet i z niecierpliwości czekam na kolejne części ich przygód. Książkę czytało mi się bardzo dobrze i wszystkich serdecznie zachęcam do lektury. :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.

sobota, 5 listopada 2011

Peter V. Brett: Wielki Bazar. Złoto Brayana

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 224
Wymiary: 125 x 205 mm
Cykl: Trylogia Demonów (dwa opowiadania)
Tytuł oryginału: Great Bazaar; Brayan's Gold
Tłumaczenie: Marcin Mortka

Ocena
ocena ogólna: 4+/6

Ze względu na osobę autora, książkę tę musiałam koniecznie przeczytać. Dwie powieści Bretta: Malowany człowiek i Pustynna Włócznia tak mnie zachwyciły, że nie było dla mnie po prostu innej opcji. Na podstawie blurba właściwie nie wiedziałam czego się spodziewać i najbardziej przewidywałam, że będzie to zbiór opowiadań, co niestety nie jest do końca prawdą.

Mam co do tej książki bardzo mieszane uczucia. Składa się ona właściwie z dwóch długich opowiadań (chyba jeszcze nie można ich nazwać mini powieściami), scen usuniętych z powieści o Arlenie oraz słownika krasjańskiego i grymuaru runicznego.

Opowiadania są bardzo dobre. Pierwsze z nich - Wielki bazar mówi o wyprawie Par'china do zniszczonej wioski znanego garncarza oraz sposobie w jaki wszedł w posiadanie mapy do Słońca Anocha i dzieje się w czasie jego wypraw do Krasji. Drugie opowiada o wcześniejszym okresie, kiedy Arlen był jeszcze początkującym posłańcem i miał właśnie wyruszyć na swoją pierwszą wyprawę wymagającą rozłożenia przenośnego kręgu. Okazało się jednak, że inny posłaniec zaniemógł i opiekun Arlena musiał odbyć dziesięcionoclegową wyprawę na dodatek z ładunkiem piorunowych patyczków, czyli środka, który może wybuchnąć przy każdym większym wstrząsie. W trakcie tej wyprawy młodzieńca spotykało wiele przygód, których ukoronowaniem było zetknięcie ze śnieżnym demonem, o którym do tej pory słyszał tylko legendy.

Usunięte sceny to część która mi się nie podobała. Zawiera ona dwie usunięte sceny - pierwsza mówi o dzieciństwie Arlena i tę czytało się dobrze. Druga - Pobita Brianne - opowiada o konfrontacji Leeshy z Brianne i czytało mi się ja bardzo słabo. Jest to scena usunięta z rozdziału trzynastego Malowanego człowieka, którą to powieść czytałam półtora roku temu. Oznacza to, że nie pamiętałam jej na tyle dokładnie, aby wiedzieć kto to jest Brianne, nie wspominając już nawet o jej konflikcie z Leeshą. Czytanie tej sceny w oderwaniu od powieści było dość nieciekawym doświadczeniem i lepiej by było, jakby to był dodatek do Malowanego, który czytelnik mógłby sobie doczytać (lub nie) zaraz po lekturze powieści, nie zaś fragment osobnej książki wydanej sporo później niż proza, z której został wycięty.

Reasumując książkę polecam dość umiarkowanie i tylko miłośnikom Bretta. Można ją spokojnie przeczytać przed Pustynną włócznią (nie zdradza nic z jej fabuły) i jest to miła lektura na jeden wieczór i co jest w sumie chyba główna wada tej książki: jest po prostu bardzo krótka ;)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

wtorek, 18 października 2011

Martyna Raduchowska: Szamanka od umarlaków

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 392
Wymiary: 125 x 195 mm

Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 4+/6

Sięgnęłam po tę książkę ze względu na blurba:
Medium ma w życiu przerąbane.
Medium, które nie chce być medium, ma przerąbane w dwójnasób.
Medium bez powołania, za to z awersją do duchów, ma przerąbane wzdłuż, wszerz i naokoło.
[...]
Postawmy sprawę jasno - Ida nie ma Pecha. To Pech ma Idę.
oraz przeświadczenia (nie pytajcie mnie skąd ono mi się wzięło, bo nie wiem), że jest to proza rosyjska, co jest dla mnie ostatnio argumentem "za". Książka okazała się powieścią polską, ale było to jedyne rozczarowanie jakiego doznałam w jej przypadku :)

Szamanka od umarlaków opowiada o przygodach Idy - dziewczyny pochodzącej z magicznej rodziny, która sama jednak czarownicą nie jest. Ida pragnąc prowadzić w końcu normalne życie, wyprowadza się na studia do Wrocławia. Niestety zaraz po przyjeździe do akademika jej talent medium znów się ujawnia, potem zaś jest tylko gorzej... Z pomocą przychodzi jej, mieszkająca w tym mieście, ciotka, która zostaje jej nauczycielką. Ida musi się naprawdę jeszcze wiele nauczyć, a czasu jest mało, bo krewna kiedyś w końcu musi odejść. Kiedy zaś okazuje się, że Ida jest szamanką od umarlaków, jej życie staje się jeszcze ciekawsze...

Szamankę czytało mi się bardzo dobrze. Jest to fantastyka humorystyczna, a ja generalnie lubię tego typu pozycję. Styl narracji sprawia, że trudno się przy niej nie uśmiechać. Książka kończy się w taki sposób, że aż się prosi o kontynuację, która prawdopodobnie będzie. Wydawca napisał mi, że autorka aktualnie pisze, tak więc do wydania zapewne jeszcze daleko, ale szanse na to są :) Ja z chęcią po nią sięgnę, kiedy się ukaże. Zaś Szamankę polecam wszystkim, którzy lubią fantastykę humorystyczną oraz rozmowy z duchami, bo tych w tej książce jest co niemiara :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

czwartek, 29 września 2011

Simon R. Green: Łabędzi śpiew

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 228
Wymiary: 125 x 205 mm
Cykl: Nightside (tom 3)
Tytuł oryginału: Nightingale’s Lament
Tłumaczenie: Mateusz Repeczko

Ocena
ocena ogólna: 5-/6
fabuła i pomysł: 5-/6
stopień wciągania: 5-/6
styl narracji: 5/6
uczucie własne: 4+/6

Łabędzi śpiew to kolejna część przygód Johna Taylor - prywatnego detektywa, który ma dar odnajdywania rzeczy i bardzo potężnych wrogów. Początkowo Taylor ma położyć kres sabotażom w największej elektrowni zasilającej Nightside. Można powiedzieć, że mu się to udaje, aczkolwiek sam przez to pakuje się w niezłe kłopoty.
Jednak problem w elektrowni to tylko prolog. Prawdziwym zadaniem dla naszego detektywa jest upewnienie się, że córka pewnego bankiera jest bezpieczna i szczęśliwa. Zadanie wydawałoby się zdecydowanie za proste dla Taylora, gdyby nie to, że dziewczyna jest wschodzącą gwiazdą sceny, przez której śpiew ludzie popełniają samobójstwa! Zdecydowanie coś jest tu nie tak, nawet jak na standardy Nightside.

Łabędzi śpiew czytało mi się bardzo dobrze. Po tym jak sprawa elektrowni zakończyła się po jednym rozdziale, trochę się bałam, że będzie to zbiór opowiadań, a nie powieść, ale na szczęście okazało się inaczej. Uważam, że ten rozdział powinien być zatytułowany jako prolog i wtedy nikt nie miałby takich jak ja wątpliwości.
Sprawa Rossignol, która zajmuje resztę książki, jest mocno pokręcona, ale dzięki temu bardziej interesująca. Czytelnik zdobywa kilka kolejnych informacji na temat Nightside, a także samego Johna Taylora... i trzeba przyznać, że jest on coraz bardziej interesującą osobą.
Wszystkim, którzy polubili tego detektywa o bardzo złej reputacji, książkę serdecznie polecam, zaś wszystkich innych ponownie zachęcam do sięgnięcia po Coś z Nightside.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

piątek, 9 września 2011

Mark Del Franco: Rzeczy niekształtne

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 384
Wymiary: 125 x 195 mm
Cykl: Connor Grey (tom 1)
Tytuł oryginału: Unshapely Things
Tłumaczenie: Jarosław Grzędowicz

Ocena
ocena ogólna: 4/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 4/6

Rzeczy niekształtne dzieją się w świeci, na którym na początku XX w. pojawiły się magiczne istoty m.in. wróżki, elfy, chochliki i druidzi. Akcja dzieje się w Bostonie, przede wszystkim zaś w Weird - jego dzielnicy zamieszkiwanej głównie przez fata (wspólna nazwa dla wszystkich magicznych istot). Głównym bohaterem jest Connor Grey - druid, niegdysiejsza gwiazda Gildii, czyli instytucji zajmującej się przestępstwami pomiędzy fata. W wyniku nieszczęśliwego wypadku stracił on większość swoich zdolności i teraz jest policyjnym konsultantem do spraw magicznych istot (zwykła policja zajmuje się tymi sprawami fata, którymi nie chce zajmować się Gildia).

Rzeczy niekształtne opowiadają o śledztwie w sprawie cotygodniowych morderstw wróżek z Weird. Connor podejrzewa, że jest to jakiś rytuał, jednak nie umie znaleźć żadnego pasującego do zgromadzonych śladów. Psychiczny zapach unoszący się nad miejscem zbrodni jest dziwny i niepasujący do żadnego rodzaju fata, pewne tropy wskazują nawet na człowieka, ale wydaje się to mało prawdopodobne.

Gdybym czytała tę książkę przed Czymś z Nightside pewnie oceniłabym ją wyżej. Styl narracji jest jednak z jednej strony jakby podobny, z drugiej zaś do pięt nie dorasta powieści Greena i dlatego mając ją świeżo w pamięci nie byłam w stanie postawić wyżej oceny.
Jest to książka, którą czyta się dobrze. Istoty paranormalne przedstawione są w nietypowy sposób, zakończenie zaś jest dość zaskakujące. Osobom lubiącym urban fantasy i paranormalne śledztwa umiarkowanie polecam.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

niedziela, 4 września 2011

Simon R. Green: Istoty światła i ciemności

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 218
Wymiary: 125 x 205 mm
Cykl: Nightside (tom 2)
Tytuł oryginału: Agents of light and darkness
Tłumaczenie: Mateusz Repeczko

Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła i pomysł: 4=/6
stopień wciągania: 4+/6
styl narracji: 5+/6
uczucie własne: 4+/6

Druga część przygód Johna Taylora, nie urzekła mnie aż tak, jak pierwsza. Nadal zachwycał mnie styl narracji, jednak historia już zdecydowanie mniej. Jakoś nie spodobał mi się pomysł z Nieświętym Graalem i mieszaniem w to wszystko boga, aniołów i ich upadłych przeciwników.
Tym razem Taylor ma za zadanie znaleźć Nieświętego Graala, czyli puchar, z którego pił Judasz podczas ostatniej wieczerzy. Kielich został wyniesiony ze swojego ukrycia pod Pentagonem i trafił do Nightside, co grozi całkowitą zagładą tego miejsca, ponieważ w jego posiadanie chce wejść zarówno armia aniołów jak i diabłów. Oczywiście jest jeszcze wiele innych osób, które pragną go mieć z uwagi na jego potężną moc.
Jeżeli pominiemy kwestie pomysłu, to fabuła prowadzona jest sprawnie i książkę czyta się szybko i z przyjemnością. Dowiadujemy się kolejnych faktów z życia i przeszłości Taylora i razem z bohaterem czujemy frustrację, że tych informacji jest tak mało. Poznajemy bliżej jego tajemnicze możliwości, a także, nie do końca zasłużoną, złą sławę.
Dla wszystkich, którym spodobało się Coś z Nightside, Istoty światła i ciemności są zapewne i tak pozycją obowiązkową, zaś wszystki innym serdecznie polecam pierwszą część tego cyklu. Ja z niecierpliwością oczekuje kolejnej części cyklu, czyli Łabędziego śpiewu, który ma się ukazać jeszcze w tym miesiącu.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

niedziela, 17 lipca 2011

Terry Pratchett: W północ się odzieję

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 302
Wymiary: 140 x 200 mm
Cykl: Świat Dysku (tom 105)
Podcykl: Tiffany Obolała (tom 4)
Tytuł oryginału: I Shall Wear Midnight
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa

Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 4+/6
humor: 5/6
uczucie własne: 4+/6

Tiffany Obolała jest czarownicą Kredy. W związku ze swoją funkcją ma mnóstwo obowiązków, przez co lata (na miotle oczywiście) wiecznie niewyspana i częstokroć głodna. Wokół zaś zaczynają się dziać dziwne rzeczy - ludzie bardziej niż zwykle nienawidzą czarownic. Wkrótce okazuje się, że wszystkiemu winny jest widmowy mężczyzna bez oczu, którego dwa lata wcześniej niechcący przywołała Tiffany. Teraz będzie musiała się z nim rozprawić.

Do lektury tej książki podchodziłam z lekkim niepokojem. Jak pisałam w poprzedniej notce lubię Pratchett'a, ale akurat ten podcykl Świata Dysku podobał mi się najmniej, więc miałam spore wątpliwości. Z drugiej jednak strony, skoro już napisałam do wydawcy i dostałam od niego książkę, to trzeba się było w końcu za nią wziąć. Cieszę się, że udało mi się zmobilizować, bo książka jest lepsza niż sądziłam :)

Chyba za dawno nie czytałam Pratchett'a, bo zapomniałam jakie jego książki potrafią być zabawne. Właśnie humor jest tym, co ratuje w moich oczach początek tej książki, bo początek moim zdaniem nie jest zbyt wciągający. Potem coś w opowieści przeskakuje i tak mniej więcej od połowy człowiek zaczyna czytać z zapartym tchem, zastanawiając się co jeszcze autor wymyśli. I zakończenie mi się bardzo podoba. Może ja romantyczką jestem, ale mi się podoba i już. Jest wręcz takie, że z niecierpliwością będę czekać na kolejną część z tego pod cyklu.

Generalnie polecam, ale jednak po przeczytaniu poprzednich części o Tiffany, które są... cóż... będę próbować je czytać jeszcze raz w przekładzie Cholewy, może w tym wydaniu nie będą takie złe...

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.

niedziela, 3 lipca 2011

Jeffery Deaver: Hak

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 448
Wymiary: 140 x 200 mm
Tytuł oryginału: Edge
Tłumaczenie: Łukasz Praski

Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 4+/6

Moim zdaniem ta książka powinna nosić tytuł „Gra”. Ulubioną rozrywką głównego bohatera - agenta Corte - są gry planszowe i w powieści jest pełno jego przemyśleń o różnego typu grach*. Książka podzielona jest na kilka części, z których każda rozgrywa się w jeden dzień. Poszczególne z nich opatrzone są mottami z instrukcji różnych gier planszowych.

Agent Corte jest „owczarkiem”, czyli osobą opracowującą i realizującą plan ochrony powierzonych agencji obiektów. Obiekt to bezosobowa nazwa dla chronionego człowieka, bo do obiektów nie wolno się przywiązywać. Należy za wszelką cenę chronić ich życie, ale nic ponadto. Owczarka i obiekt nie może nic łączyć.
Corte dostaje zadanie ochrony rodziny Kesslerów składającej się z męża policjanta, jego nastoletniej córki oraz żony zajmującej się wychowywaniem pasierbicy. W ich domu przebywa jeszcze czasowo siostra pani Kessler, która także zostaje objęta ochroną. Agent postanawia całą czwórkę umieścić w schronie (czyli bezpiecznym domu), co spotyka się z duży oporem ze strony policjanta. W końcu staje na tym, że dorośli udają się do schronu, dziewczynka zaś trafia pod opiekę przyjaciela rodziny, z całkowitym zakazem kontaktowania się z otoczeniem.
Sprawa Kesslerów jest dla Cortego sprawą szczególną. Zbieraczem, który zagraża jej członkom, jest Henry Loving, przestępca, który kilka lat wcześniej zabił mentora Coretego. Zbieracz jest złoczyńcą, który ma za zadanie wydobyć z ofiary potrzebne zleceniodawcy informację. Loving jest szczególnie zdolnym i bezwzględnym zbieraczem, który dążąc do celu doskonale potrafi wykorzystać innych ludzi. Ma talent do znajdowanie na nich doskonałych haków**.
Ze wględu na osobę zbieracza, poczynania Coretego oceniane są przez pryzmat jego chęci zemsty. Powiązani z nim ludzie podejrzewają, że bardziej zależy mu na schwytaniu Lovinga, niż na ochronie powierzonych mu obiektów. Czy tak jest naprawdę? Czy Kesslerowie są bezpieczni pod opieką tego owczarka? Czy uda się schwytać zbieracza? Na te pytania może wam odpowiedzieć tylko lektura tej książki ;)

Powieść czytało mi się dobrze. Częste odniesienia do gier nadają lekturze szczególnego kolorytu. Choć fabuła na pierwszy rzut oka nie porywa, to podział książki na kilkukartkowe rozdziały sprawia, że czyta się ją bardzo szybko. Kilkakrotnie zdarzało mi się, że przerwałam czytanie sporo później niż planowałam.

Jak na książkę sensacyjną przystało, Hak jest pełen zaskakujących zwrotów akcji, które burzą wszystkie teorie zarówno czytelnika, jak i agenta Cortego. Deaver cały czas myli tropy, obraca wszystko o sto osiemdziesiąt stopni i co rusz wpuszcza czytelnika w maliny, aby na końcu rozłożyć ręce i powiedzieć: „No, a tego to się zupełnie nie spodziewaliście.”
Dla każdego, kto tak jak ja, lubi książki, w których pełno jest zwrotów akcji i trudno jest cokolwiek przewidzieć, Hak będzie doskonałym umileniem wieczoru. Należy tyko uważać, aby ten wieczór nie przemienił się niespodziewanie w noc ;) Jako odprężającą i niewymagającą lekturę serdecznie polecam.

*nie planszowych, raczej z ogólnej teorii gier (edit 07.07.2011)
**stąd tytuł
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.

wtorek, 28 czerwca 2011

Jennifer Estep: Ukąszenie pająka

Informacje ogólne
Wydawca: Dwójka bez sternika
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 320
Wymiary: 205 x 135 mm
Cykl: Pająk (tom 1)
Tytuł oryginału: Spider's Bite
Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz

Ocena
ocena ogólna: 5-/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 5/6
uczucie własne: 5/6

Kiedy pani Joanna z wydawnictwa Dwójka bez sternika zaproponowała mi recenzję tej książki, w pierwszym odruchu chciałam odmówić. Nie wiem dlaczego sądziłam, że jest to romans paranormalny, do którego ostatnio jakoś mnie nie ciągnie. Kiedy jednak dowiedziałam się, że Ukąszenie pająka jest kryminałem umieszczonym w magicznym świecie, postanowiłam zapoznać się z tą książką.

Ukąszenie pająka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Po około 100 stronach powieść tak mnie wciągnęła, że nie oderwałam się od niej do samego końca. Co gorsza zakończenie jest taki, że człowiek od razu chciałby sięgnąć po kolejny tom, co niestety jest niewykonalne, bo premiera Ukąszenia pająka jest dopiero jutro, więc na następną część przyjdzie mi zapewne kilka miesięcy poczekać :(

Ukąszenie pająka to kryminalne urban fantasy osadzone w świecie, w którym obok siebie żyją ludzie, krasnoludy, olbrzymy i wampiry. Przedstawiciel każdej z ras może władać magią żywiołów (ogień, powietrze, kamień, lód) lub jedną z magii pochodnych. Krasnoludy i wampiry są długowieczne, te ostatnie (jak na uczciwe wampiry przystało) żywią się krwią. Znaczną ich część mocno kręci seks, dlatego tez większość prostytutek to wampirki.
Cała akcja powieści dzieje się w mieście Ashland, które jest trzymane w garści przez Mab Monroe. Mab posiada silna magię ognia i oficjalnie jest bogatą przedsiębiorczynią. W rzeczywistości jest bezwzględną przestępczynią, która nie brzydzi się ubrudzić swoich rąk. Mab pozostaje jednak bezkarna, bo zarówno policja, jak miejscy urzędnicy, siedzą jej w kieszeni.
Główna bohaterka książki jest Gin – płatna zabójczyni władająca silną magia kamienia i szczątkową lodu. Mimo jej zawodu, Gin jest postacią pozytywną i łatwo daje się polubić. To ona jest tytułowym Pająkiem, tak właśnie brzmi jej zawodowe przezwisko. Jak zwierze od którego wzięła przydomek jest cierpliwa i potrafi uważnie tkać swoja sieć, a potem spokojnie czekać na ofiarę.
Gin, mimo swej profesji, wyznaje swoisty kodeks honorowy: nie zabija dzieci ani zwierząt, nie torturuje, uśmierca szybko zadając ofierze jak najmniej bólu. Czasem wykonuje także zlecenia charytatywne, jeżeli cel zrobi coś naprawdę ohydnego.
W ciągu dnia Pająk przeobraża się w kucharkę. Bo o ile zabijanie to jej sposób zarabiania na życie, to gotowanie jest jej pasją. W książce mamy nawet jeden przepis, który tak mnie zaciekawił, że postanowiłam go wykorzystać, jak tylko uda mi się znaleźć dynię w puszce albo chociaż jakiś mus z tego warzywa.

Gin jest osobą skrzywdzoną przez los. W dzieciństwie, w tragicznych okolicznościach, straciła matkę i dwie siostry. Jej pośrednik, były płatny zabójca, przygarną ją z ulicy i wychował jak córkę. Dziewczyna do tej pory nie może sobie poradzić z przeżytą traumą i wielokrotnie koszmar wraca do niej w snach. Pająk chętnie by się zemścił na sprawcy swego nieszczęścia, niestety jednak nie wie, kim on jest.
Ta książka nie jest jednak o poszukiwaniu sprawcy zbrodni z przeszłości. Osią fabuły jest zemsta na zleceniodawcy Pająka, który oszukał ją w tragiczny dla niej sposób. Do sprawy włącza się jedyny uczciwy policjant w mieście, który pała żądzą zemsty na Gin za to, że ta zabiła jego partnera. Z każdym krokiem sprawy gmatwają się bardziej i trudno przewidzieć jak to wszystko się skończy. I choć finał jest miły czytelnikowi, to na koniec autorka dokłada fragment, po którym chciałoby się już i natychmiast sięgnąć po następną część, tylko niestety książki brak :(

Ukąszenie pająka czytało mi się bardzo dobrze. Książka jest wciągająca i oparta na ciekawej intrydze. Wprowadzenie w magię świata jest umiejętnie wplecione w fabułę i nie powoduje niepotrzebnych przestojów. Książka jest warta polecenia każdemu, kto lubi kryminał z magicznym tłem lub urban fantasy.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Dwójka bez sternika.

niedziela, 26 czerwca 2011

Simon R. Green: Coś z Nightside

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 224
Wymiary: 125 x 195 mm
Cykl: Nightside (tom 1)
Tytuł oryginału: Something from the Nightside
Tłumaczenie: Mateusz Repeczko

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 5/6
styl narracji: 6/6
uczucie własne: 5+/6

Kojarzycie takie stare filmy z prywatnymi detektywami w nieodłącznych prochowcach? Właśnie taki obraz pojawił mi się przed oczyma, kiedy zaczęłam czytać tę książkę. Skojarzenie to przywołał bardzo szczególny styl narracji, którym pisana jest ta książka i który bardzo mi się podoba. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, narratorem jest John Taylor - prywatny detektyw, który ma dar odnajdywania każdej rzeczy czy osoby, niezależnie od tego, czy ona chce zostać odnaleziona.

Książka zaczyna się w momencie, w którym do Johna przychodzi Joanna - zrozpaczona matka, której córka uciekła z domu i w żaden sposób nie można jej znaleźć. John jest jej ostatnią deską ratunku, dlatego kobieta jest skłonna zapłacić każdą sumę, aby tylko udało się odnaleźć córkę.
Okazuje się, że trop prowadzi do Nightside – tajemniczego, ukrytego, mrocznego serce miasta, przepojonego złem odbicia Londynu. Nightside to miejsce w którym cały czas panuje noc, spokój i bezpieczeństwo to niezrozumiałe słowa, każdy może liczyć tylko na siebie, a przyjacielem jest ten, kto za często nie próbuje nas zabić. W Nightside nic nie jest tym, czym się wydaje, i choćbyśmy nie wiem jak chcieli, naprawdę nikomu nie można tam ufać.

John Taylor urodził się i wychował w Nightside. W tym mieście w mieście każdy go zna, a przynajmniej każdemu tak się wydaje. John ma dar, dzięki któremu może znaleźć dowolną rzecz, a także zrobić o wiele więcej. W Nightside Taylor wzbudza szacunek, jego mroczna sława poprzedza każdy jego krok, tak, że nawet demony ustępują mu z drogi. Tożsamość jego matki okrywa tajemnica, tak że jest on jedną z zagadek Nightside.
Pięć lat temu John uciekł z Nightside. Uciekł przed sobą, przed tym czym zaczął się stawać, miał dość wiecznego krycia się przed tajemniczymi prześladowcami, którzy od zawsze próbowali go zgładzić. Kiedy jednak zgodził się odnaleźć córkę Joanny i prowadził ją w noc, miał wrażenie, że wraca do domu. Nightside przywitało go oczywiście odpowiednio do swojej reputacji...

Coś z Nightside bardzo mi się podobało. Przygody Joanny i Johna Taylora były interesujące, ale tym, za co pokochałam tę książkę, jest styl narracji. Sposób w jaki napisana jest ta książka jest po prostu genialny! Ja się w nim zakochałam i już. Zakończenie było ciekawe i trzeba przyznać, że zaskakujące. Ze względu na nie, bardzo ciekawa jestem następnej części, którą na szczęście mam także na półce i po którą na pewno sięgnę w najbliższym czasie.
Wszystkich lubiącym mroczne i magiczne miejsca, oraz detektywów w stylu retro, bardzo serdecznie zachęcam do lektury tej książki. Narracja jest genialna, zaś fabuła ciekawa. Po prostu bardzo serdecznie polecam :).

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

piątek, 24 czerwca 2011

Stephen Deas: Adamantowy Pałac

Informacje ogólne
Wydawca: Dwójka bez sternika
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 432
Wymiary: 135 x 205 mm
Cykl: Pamięć Płomieni (tom 1)
Tytuł oryginału: The Adamantine Palace
Tłumaczenie: Krystyna Chodorowska

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 6=/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 5-/6

Adamantowym pałacem zainteresowałam się już na etapie jego zapowiedzi. Lubię smoki, a zapowiedzi obiecywały ciekawe ich wydanie. I rzeczywiście, smoki są tym, co wyjątkowo się Deasowi w tej powieści udało. To nie są wierne i mocno związane z człowiekiem smoki McCaffrey ani wręcz usłużne smoki Novik, te smoki najbardziej przypominają mi smoki Hobb, ze swoją niezależnością i dążeniem do dominacji własnej rasy. Smoki Deasa są po prostu smocze, oczywiście pisze tu o przebudzonych smokach, bo w Adamantowym pałacu smoki budzą się po trwającej tysiąclecia niewoli, pytanie czy uda im się wyrwać z ludzkiego więzienia pozostaje nadal otwarte…

Przebudzenie smoków jest w Adamantowym pałacu jedną z dwóch głównych osi fabuły. Drugą z nich jest walka o władzę – o stanowisko rzecznika – wybieranego co dziesięć lat zwierzchnika wszystkich królów. O ile smoczy wątek jest prosty i zrozumiały, o tyle walka o władzę jest pełna intryg i zawiłości. Kiedy już czytelnikowi wydaje się, że zrozumiał o co w niej chodzi i kto z kim jest w sojuszu, okazuje się, że wszystko jest całkiem inaczej. Ponieważ ja (chyba) nie przepadam za tego typu zawiłościami, to smoczy wątek o wiele bardziej mi się podobał.

Deasowi udało się stworzyć ciekawy świat zamieszkiwany przez prawdziwe smoki i wymyślić naprawdę dobrą fabułę. Niestety sposób opisania tego wszystkiego nie jest już tak dobry. Adamantowy pałac czyta się bardzo dobrze. Dzięki bardzo krótkim rozdziałom książkę pochłania się szybko, ale w sposobie narracji brakowało mi tego „czegoś”, co by sprawiło, że byłabym tą książką zachwycona. Ponieważ fabuła była interesująca, to z chęcią otwierałam książkę i czytałam kolejne strony, nie miałam jednak trudności z przerwaniem lektury i zajęciem się innymi sprawami. Mam nadzieję, że przy kolejnych częściach cyklu będzie mi trudniej się od nich oderwać ;)
Wszystkim miłośnikom smoczych smoków lub walki o władzę, książkę serdecznie polecam :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Dwójka bez sternika.

sobota, 11 czerwca 2011

Gail Z. Martin: Krwawy Król

Informacje ogólne
Wydawca: Dwójka bez sternika
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 528
Wymiary: 135 x 205 mm
Cykl: Kroniki Czarnoksiężnika (tom 2)
Tytuł oryginału: Blood King
Tłumaczenie: Marta Koniarek

Ocena
ocena ogólna: 5-/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 5/6
uczucie własne: 5/6

W drugim tomie o przygodach Trisa akcja minimalnie zwalnia. Nadal jest bardzo wciągająca i było mi bardzo trudno się od niej oderwać, ale autorka wplata o wiele więcej opisów. Krwawy król rozwiał kilka moich wątpliwości powstałych w pierwszej części, choć sprawy Sadena nie wyjaśnił, więc zmuszona jestem zadowolić się własną teorią na ten temat ;)

W Krwawym królu poznajemy niewyobrażalne okrucieństwo i jednocześnie głupotę Jareda, które obracają przeciw niemu mieszkańców Margolanu. Obserwujemy szkolenie Trisa w Stowarzyszeniu Sióstr, które postanowiły albo przygotować go dobrze do starcia z mrocznym magiem, albo zabić, jeżeli okaże się niedostatecznie gotowy. Romanse zapoczątkowane w Przywoływaczu są kontynuowane, choć Carina ma trudności z zaakceptowaniem swoich uczuć. Czas szybko mija i miesiąc Głogu przybliża się nieubłagania, a wraz nim ostateczne zwycięstwo lub ostateczna klęska. I choć wszyscy od początku wiedzą, że całkowita klęska raczej nie wchodzi w grę (w końcu ten cykl ma kolejne tomy), to pytanie kogo będzie trzeba poświęcić, aby wygrać w tej grze...

Podobał mi się sposób przedstawienia w tej książce wampirów. Z jednej strony są to istoty żądne krwi, choć zwykle jeleniej, posiadające nadnaturalną szybkość i wytrzymałość i ogromną zdolność regeneracji, z drugiej wielu z nich ,nawet po swoim przemienieniu, czynnie uczestniczy w życiu swoich bliskich i w części krain związki wampira ze śmiertelnikiem są całkowicie akceptowane.
Przyznam się wam, że kiedy w Przywoływaczu zorientowałam się, że autorka wprowadziła wampiry, zaczęłam być mocno sceptyczna, ale okazało się, że niepotrzebnie. Moim zdaniem wampiry w tej książce nie rażą i ładnie komponują się z resztą świata, co zapisuję jako duży atut tej książki. Ciekawa wydaje mi się religia podstawionego świata - wszystkie krainy wierzą w Panią, ale każda z nich w inny jej aspekt. Są cztery aspekty jasne i cztery ciemne, choć generalnie w książce bogini przedstawiana jest jako bóstwo dobre, które we wszystkich swoich aspektach sprzyja głównym bohaterom.

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, częstokroć z zapartym tchem. Fabuła, podobnie jak poprzednio, nie zachwyca oryginalnością, ale rekompensuje nam to z nawiązką wciągalność tej książki. Krwawy król to lekkie fantasy na letni wieczór, choć może lepiej napisać, że na letni weekend, bo na wieczorze może się nie skończyć ;) Polecam jako dobrą odskocznię od codziennych spraw :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Dwójka bez sternika.

niedziela, 22 maja 2011

Mark Barrowcliffe (pseud. M. D. Lachlan): Synowie boga

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron:
Wymiary: 125 x 195 mm
Cykl: Synowie boga (tom 1)
Tytuł oryginału: Wolfsangel
Tłumaczenie: Kamil Lesiew

Ocena
ocena ogólna: 4/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 4/6

Synowie boga to książka przesycona nordycką mitologią. Samo w sobie nie jest to zarzutem, ale staje się nim biorąc pod uwagę, że książkę ciężko się czyta bez znajomości tejże. Niby są w treści książki drobne wprowadzenia, ale moim zdaniem mogą one co najwyżej pomóc sobie coś przypomnieć, niż wprowadzić czytelnika w nordycki świat bogów. Może ja mam za duże wymagania, ale moim zdaniem przydałby się jakiś wstęp wyjaśniający wzajemne powiązania i charaktery tych bogów... choć z drugiej strony pewnie musiałby być za obszerny, więc może nie mam racji?

Synowie boga to opowieść o bliźniętach, synach boga, których rozdziela królowa czarownic. Jeden z nich trafia na dwór jednego z królów, gdzie wszyscy uważają go za królewskiego syna, zaś prawdę zna tylko jego przybrany ojciec. Drugi wychowuje się wśród wojowniczych wyznawców Odyna, potem zaś zostaje porzucony i przekazany na wychowanie wilkołakowi. Los każdego z nich obserwuje królowa czarownic, przekonana, że ich zadaniem jest obalenie Odyna. Jednak wszystko okazuje się bardziej skomplikowane niż się wydaje...

Książka jest dziwna i poplątana. Na początku mamy mozolne, ponad stu stronicowe wprowadzenie w świat, a dopiero potem książka się rozkręca. Jak już się rozkręci, to gna dość szybko do przodu, aby zwolnić gwałtownie pod sam koniec. A koniec jest tak poplątany i dziwny, że po prostu nie wiem co napisać. Mi w każdym razie to zakończenie się nie podobało.

Książka utrzymywana jest w stylu mitologicznej opowieści, przez co w polskim tłumaczeniu język jest stylizowany na staropolski. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że stylizacja ta jest nieudana. Nie wiem, czy autor w wersji oryginalnej też robił to tak słabo, czy to polski tłumacz się nie popisała, ale wygląda to źle. Stylizacja jest niekonsekwentna i czasami występuje, czasami jej wcale nie ma, a w pozostałych przypadkach jest sztucznie wprowadzana pojedynczymi słowami, które raczej kują w oczy, niż wprowadzają mitologiczny nastrój.

Generalnie polecam bardzo umiarkowanie, mocniej mogę polecić tylko osobom dobrze znającym nordycką mitologię, bo zapewne jest spora szansa, że im ta książka bardziej się spodoba, z tego prostego powodu, że ją lepiej niż ja zrozumieją.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.

sobota, 21 maja 2011

Gail Z. Martin: Przywoływacz Dusz

Informacje ogólne
Wydawca: Dwójka bez sternika
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 576
Wymiary: 135 x 205 mm
Cykl: Kroniki Czarnoksiężnika (tom 1)
Tytuł oryginału: The Summoner
Tłumaczenie: Marta Koniarek

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 5+/6
uczucie własne: 5/6

Przywoływacz Dusz zainteresował mnie jeszcze na etapie zapowiedzi, zaś po recenzji Pablo stwierdziłam, że muszę go przeczytać. Trudno nie zgodzić się z Podłuchem, że książka ta, mimo dość schematycznej fabuły, jest świetnym kawałkiem fantasy. Ma w sobie to "coś", dzięki któremu trudno się od niej oderwać, zaś po jej skończeniu ma się ochotę na więcej.

Podoba mi się sposób w jaki jest napisany Przywoływacz Dusz. Z jednej strony już po kilku stronach zaczyna się coś dziać, zaś po kilkudziesięciu akcja zaczyna pędzić, z drugiej autorka umiejętnie wplata w tekst informacje o przedstawianym świecie. Dzięki temu nie mamy nudnego wprowadzenia, jednocześnie zaś czytelnik nie ma uczucia, że informacji o świecie jest za mało. Kolejne elementy układanki dopasowują się powoli i wielokrotnie zmuszeni będziemy zweryfikować swoje poglądy na temat świata opowieści, jednak żadna z przyszłych informacji nie jest nam potrzebna do zrozumienia aktualnie czytanych wydarzeń. Wydaje mi się to najlepszym z możliwych sposobem wprowadzenia czytelnika w świat opowieści.

Przywoływacz Dusz opowiada o Martrisie Drayke, drugim synu króla Margolanu, wnuku Bava K'aa - ostatniej Przywoływaczki Dusz. Poznajemy go w Nawiedziny - w dniu, w którym duchy chodzą otwarcie po świecie i każdy może je zobaczyć. Widzenie duchów nie jest dla Trisa niczym niezwykłym, gdyż w odróżnieniu od innych ludzi, jest on w stanie widzieć je zawsze, nie tylko w dzień ich święta. Tego dnia jednak po raz pierwszy dostaje ostrzeżenie od ducha, niebezpieczeństwo czyha ze strony Łapacza Dusz...
Bardzo szybko poznajemy przyrodniego brata Martrisa - Jareda - następce tronu i wielkiego okrutnika. Tris wraz z siostrą Kaity próbują uświadamiać ojcu jakim człowiekiem jest jego pierworodny, niestety król nie chce przyjąć faktów do wiadomości. Wszystko wróży czarną przyszłość królestwa Margolanu. Noc zaś nadejdzie szybciej niż się tego ktokolwiek spodziewa...
O ile Tris jest głównym bohaterem tej książki, o tyle główną bohaterką jest Kiara Sharsequin - następczyni tronu Isencroftu od dziecka zaręczona z dziedzicem Margolanu. Jej kraj jest słynny z tego, że każdy jego mieszkaniec doskonale obchodzi się z bronią i Kiara nie jest wyjątkiem, to księżniczka-wojowniczka. Jest także wybranką Pani - bogini, która pobłogosławiła ją na polu bitwy i oznajmiła, że ma co do niej swoje plany. Nadchodzi czas ich wypełnienia...

Martin umiejętnie splata losy bohaterów budując powiązania, z których części daje szybko poznać czytelnikowi, resztę zaś ukrywa sprawiając nam później duża niespodziankę. Jej świat pełen jest magii jakiej nie znamy i pełnych głębi bohaterów zarówno żywych jak i (nie)umarłych.
W Przywoływacz Dusz widzimy zmagania Trisa z jego nowo odkrytą mocą, która jest tak samo wielka jak nieokiełznana, przerażająca zarówno dla niego, jak i jego otoczenia. Pytanie czy uda mu się opanować swoją magię i ocali świat przez rządami zła jest cały czas otwarte. Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejną część cyklu, która w polskich przekładzie ukaże się już 10 czerwca. Wszystkim zaś pragnę polecić Przywoływacz Dusz jako świetny kawałek fantasy, który czyta się bardzo dobrze, błyskawicznie połykając kolejne strony.

Jedyną moją wątpliwość w całej książce, wzbudziły końcowe wydarzenie rozgrywające się po przekroczeniu mostu. Doprawdy nie rozumiem, dlaczego autorka nie wyjaśniła motywacji króla Stadena, albo nie napisała, że to nie król, ale generał stał za wydarzeniami. Mogę sobie wymyślić kilka teorii wyjaśniających wszystko, ale wołałaby o tym przeczytać, a nie zgadywać. No, ale może wyjaśni się to trochę w następnej części? Zobaczymy. Niezależnie od tego książka była bardzo dobra i jeszcze raz pragnę ją wszystkim bardzo polecić :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Dwójka bez sternika.

sobota, 14 maja 2011

Orson Scott Card: Wezwanie Ziemi

Dane pierwszego wydania
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania: 1995
Dane najnowszego wydania
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 284
Wymiary: 140 x 200 mm
Informacje ogólne
Cykl: Powrót do domu (tom 2)
Tytuł oryginału: The Call of Earth
Tłumaczenie: Edward Szmigiel
Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 4/6
uczucie własne: 4+/6

Druga część cyklu Powrót do domu jest zupełnie inna niż pierwsza. Nafai jest postacią prawie marginalną, zaś Card wprowadza mnóstwo innych postaci. Chyba najważniejszym z nowych bohaterów jest Vozmuzhalnoy Vozmozhno zwany Moozh - generał Gorayni.
Wojskowy jest postacią bardzo ciekawą. Z jednej strony jest jednym z najważniejszych generałów imperium Gorayni, z drugiej zaś czuje nienawiść do imperatora i jego ludu. Sam Moozh wywodzi się z plemienia górali Sotchitsiya, którzy za czasów jego pradziadka za przykładem Basiliki oddali władzę kobietą, co przypłacili później podbojem przez imperium Gorayni. W związku z tym Moozh pogardza Basiliką i jej prawami, zaś jego marzeniem jest zniszczyć imperatora i jego imperium. Moozh wierzy, że imperator jest wcieleniem boga, ponieważ od czasów jego młodości bóg przeciwstawia się jego planom. Wielokrotnie sprawiał, że zapominał o swoim świetnym pomyśle i musiał wymyślać go od nowa. Jego życiowym celem stało się przeciwstawianie jego woli.
Postacią, która odegra bardzo ważną rolę w przedstawionych wydarzeniach jest Torstiga - niewolnica, której Naddusza dała wolność jednocześnie skazując na los świętej kobiety. W czasie wprowadzania postaci Spragnionej (tak brzmi jej imię w języku Basiliki) naszły mnie wątpliwości co do spójności przedstawionego świata. Z jednej strony wiemy, że Naddusza jest po prostu rezydującym na orbicie Harmonii komputerem, który, z samej swej istoty, nie może zsyłać na ludzi proroczych wizji. Oczywiście może powodować sny, które się wydają być takimi wizjami, powodując u ludzi działania doprowadzające do "przepowiedzianych" wydarzeń, przecież jednak nie może przewidywać zdarzeń losowych. Zaś w przypadku opisanej wizji Torstigi, moim zdaniem miało miejsce przewidywanie przyszłości:
Pewnego dnia spojrzała na swego pana i zaczęła łkać, a on nie mógł jej uspokoić. Tego samego popołudnia nadzorował budowę wspaniałego nowego domu dla jednego z najbogatszych ludzi w mieście i powalił go kamień, który wyślizgnął się z rąk załogi usiłującej wstawić go na miejsce. Dwóch niewolników połamało sobie kości podczas tego wypadku, a pan Spragnionej upadł na ulicę i został stratowany przez konia.*
Jasne można dorabiać do tego teorię, że to Naddusza spowodował, że ludzie upuścili ten kamień. Można, tylko po co. Scena ta nie ma większego znaczenia dla reszty książki, więc po co wzbudzać w ludziach wątpliwości co do jej spójności? Dla mnie jest to jeden z dwóch powodów, dla których Wezwanie Ziemi podobało mi się mniej niż Pamięci Ziemi. Drugi z powodów jest dość subiektywny. Po prostu po pierwszej części zakładała, że oni już wyruszą, podczas gdy przez całą książkę oni się cały czas do tego przygotowują. Owszem, dzieje się mnóstwo innych rzeczy, można wręcz powiedzieć, że pustynna grupa jest tu zmarginalizowana, no, ale ja chciałam, aby oni już wyruszyli, i co ja na to poradzę, że tak właśnie jest?

Na początku powieści poznajemy wydarzenia rozgrywające się w Basilice. Młodsza córka Rasy dowiaduje się o tragicznej śmierci swego ojca i sama udaje się na poszukiwanie swojej siostry, aby oznajmić jej tę wieść. Kokor bardzo zazdrości starszej siostrze sławy i głosu, co powoduje, że odkrywszy jej naganny postępek, dopuszcza się niespodziewanego czynu.
Tymczasem do Rasy przychodzi żołnierz, który wypuścił z miasta Nafai, i prosi ją o ochronę. Rasa dochodzi do wniosku, że nie jest w stanie go chronić i wysyła go do Gorayni, z listem wyjaśniającym, że pomógł pokonać stronników ich wrogów Potokgavan. W ten właśnie sposób Vozmuzhalnoy Vozmozhno poznaje sytuację panującą w Basilice i postanawia wykorzystać nadarzającą się sposobność.
W tym czasie na pustyni Elemak ma sen, w których Naddusza zsyła mu wizję żon. Po wysłuchaniu tej historii ojciec postanawia, mimo grożącego im niebezpieczeństwa, wysłać trzech z synów do Basiliki. Dwaj starsi chętnie się na to godzą tęskniąc do wygód miasta. Nafai jedzie obrażony na Nadduszę, że to nie jemu zesłał ten sen. W Basilice rzeczywiście odbywają się śluby kilku z ważnych bohaterów, zaś jeden z nich ostatecznie pieczętuje przyszłość miasta.

Biorąc pod uwagę prolog, który opowiada o przyszłości Basiliki na przestrzeni najbliższych lat, tym razem mogę już chyba założyć, że następna część będzie już o podróży. Wreszcie! Tak więc pozostaje mi czekać cierpliwie na kolejną część, tę część polecić zaś tym, którzy lubią nie tylko science-fiction, bo choć moim zdaniem książka ta nadal wpisuje się w ten gatunek, to jest na jego krawędzi.

*strona 149
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Karina Pjankowa: Z miłości do prawdy

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 520
Wymiary: 125 x 205 mm
ISBN: 978-83-7574-294-7
Cykl: Z miłości do prawdy (tom 1)
Tytuł oryginału: Из любви к истине
Tłumaczenie: Ewa Skórska

Ocena
ocena ogólna: 5=/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 5/6
styl narracji: 5+/6 i 3/6 (dialogi)
uczucie własne: 5/6

Zbieram się do napisania tej recenzji od ponad tygodnia i zebrać się nie mogę. Wszystko przez to, że mam dość mieszane uczucia co do tej książki, a szczególnie do jej stylu narracji. Z jednej strony ksiażka bardzo mi się podobała, a z drugiej miałam czasem ochotę zgrzytać zębami. Ale może po kolei.

Z miłości do prawdy opowiada o śledczej Straży Królewskiej miasta Illeny, stolicy Erolu, Rinnelis Tyen. Jest ona osobą bardzo skrupulatną, całkowicie nieprzekupną i nie ulegającą naciskom. Z tego też powodu zostaje wyznaczona do śledztwa w sprawie zabójstwa córki księcia Ayrela, w którym głównym podejrzanym jest pewien kahe (rasa nieludzia).
Kahe okazuje się twardym orzechem do zgryzienia i trudno jest zmusić go do złożenia zeznań. Właściwie śledczej pomaga przypadek, potem zaś wydarzenia toczą się całkiem niespodziewanym torem.

Styl narracji tej książki jest strasznie nierówny. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, ale narratorzy się zmieniają. Najczęstszym narratorem jest śledcza, ale spora część osób, z którymi się spotyka, dostaje także swoje kilka akapitów. Ten sposób narracji bardzo mi się podobał, poszczególne fragmenty zachodzą na siebie czasowo, więc czytelnik częstokroć ma szansę zobaczyć jedno wydarzenie oczyma więcej niż jednej postaci.
Z drugiej strony dobiły mnie dialogi. Jest w nich strasznie dużo niepotrzebnych wtrętów. Na przykład:
-Kiedy się poznali? - przeszłam do rzeczy.*
-Dziękuję, możesz odejść - zakończyłam rozmowę.*
W części dialogów jest mnóstwo tego nadmiaru i właśnie w takich momentach zgrzytałam zębami. To zmienianie narratorów jest takie fajne, ale te dialogi psują odbiór całości :(

Podoba mi się postać śledczej, która okazuje się nie do końca taka, jaka wydaje się być na początku. Poznajemy ją jako żmiję, zimnego gada, który zrobi wszystko, aby rozwiązać sprawę. Później dopiero okazuje się kim naprawdę jest...

Rinnelis Tyen była wyjątkową żmiją – tak brzmiała opinia każdego, kto miał okazję rozmawiać z nią choćby dziesięć minut. Wręcz niewiarygodne, że taka mieszanka uporu, niezachwianej pewności o własnej racji, lodowatej obojętności i sadyzmu może się pomieścić w istocie płci żeńskiej, która niedawno skończyła dwadzieścia lat. A wszystkie te cechy były uzupełnione idealną znajomością prawa i potężnym darem magicznym.
[..]
Pisanie skarg na Rinnelis Tyen było zupełnie beznadziejną sprawą – zawsze działała w sposób absolutnie poprawny, nigdy nie naruszała litery prawa, nigdy nikomu nie pobłażała. Tam, gdzie należało dokonać wyboru między wymogami moralności i prawa, lare Tyen bez wahania wybierała prawo. Nawet, gdy miała absolutną pewność, że naruszenie prawa zadośćuczyni zwykłej ludzkiej sprawiedliwości i nikt się o niczym nie dowie, lare nigdy nie łamała prawa. Czasem wydawało się, że nie jest żywym człowiekiem, lecz jakimś potwornym mechanizmem, który wykonuje swoje zadania, nie odczuwając żadnych emocji.
*

Fabuła mi się bardzo podobała, choć brakowało mi jakiegoś wprowadzenia do przedstawianego świata. Niby jakieś wprowadzenie było, ale długo czułam, że ja tak naprawdę nie wiem o co w tym świecie chodzi i nadal nie czuję się usatysfakcjonowana uzyskanymi informacjami. Akcja jest dobrze prowadzona i nie ma dziur, ale chciałabym, żeby książka skończyła się na pięćsetnej stronie (nie, nie zaglądajcie na nią, bo sobie zepsujecie całą zabawę), bo zakończenie mi się bardzo, ale to bardzo nie podoba. Właśnie ono jest dla mnie głównym minusem fabuły.

Z miłości do prawdy jest, podobnie jak poprzednia książka autorki, powieścią humorystyczną. Czytelnik śmieje się z sytuacji i przemyśleń bohaterów (szczególnie z konfrontacji myśli jednych osób z myślami drugich). Niestety Prawa i powinności są książka sporo lepszą. Mam jednak nadzieję, że kolejne książki autorki dorównają jej debiutowi. W każdym razie ja na pewno zamierzam je przeczytać, bo bardzo odpowiada mi humor Pjankowej.

Książkę polecam osobą lubiącym się pośmiać przy lekturze i umiejącym przymknąć oko na niedopracowane dialogi. I może należy ją czytać przed Prawami, aby mieć mniejsze wymagani i cieszyć się tym co jest, nie zaś żałować, że nie jest tak dobrze, jak mogło.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.
*strony (w kolejności) 60, 61, 11-14

sobota, 2 kwietnia 2011

Amy Chua: Bojowa pieśń tygrysicy

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 280
Wymiary: 125 mm x 195 mm
ISBN: 978-83-7648-644-4
Tytuł oryginału: Battle Hymn of The Tiger Mother
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska

Ocena
ocena ogólna: 5/6
stopień wciągania: 5/6
uczucie własne: 5/6

Zapragnęłam zapoznać się z tą książką po przeczytaniu fragmentu:
Jest to opowieść o matce, dwóch córkach i dwóch psach. A także o Mozarcie i Mendelssohnie, fortepianie i skrzypcach oraz tym, jak znaleźliśmy się w Carnegie Hall. To miała być historia o tym, że chińscy rodzice umieją lepiej wychowywać dzieci niż rodzice zachodni. Ale skończyło się na opowieści o gorzkim zderzeniu kultur, ulotnym posmaku zwycięstwa i trzynastolatce, która zapędziła mnie w kozi róg.
Jestem zadowolona ze swojego wyboru. Książkę czytało mi się bardzo dobrze i żałuję tylko, że nie jest grubsza, bo niestety udało mi się spędzić w jej towarzystwie tylko cztery godziny :(

Bojowa pieśń tygrysicy to autobiografia Amy Chua - córki chińskich emigrantów, żony białego Żyda i matki dwóch córek: Sophii i trzy lata młodszej Louisy zwanej Lulu. Akcja powieści dzieje się w Stanach Zjednoczonych w latach 1996 - 2009, czyli od momentu skończenia przez Sophię 3 lat.

Amy rozróżnia dwa sposoby wychowania chiński i zachodni (co nie oznacza, że Amerykanin nie może być chińską matką, zaś Chinka rodzicem zachodnim) i według tej pierwszej metody postanowiła wychować swoje córki. W przypadku starszej córki zamiar udało jej się wprowadzić w życie. Młodsza okazała się ulepiona z zupełnie innej gliny.

Według Guardian jest to najbardziej kontrowersyjnych książek 2011 roku, z czym, przynajmniej w kontekście Polski, trudno się zgodzić. Może dla Amerykanów ona rzeczywiście taka jest, ale mnie chińska matka jakoś szczególnie nie szokuje. Uważam, że Amy dobrze wychowywała Sophię, bo ten typ wychowania pasował do jej osobowości i źle postępowała z Lulu. Pierwszym jej (przynajmniej z opisanych) błędem było postawienie trzyletniej Lulu ultimatum, którego ona jako matka nie umiała wypełnić. Amy pisze, że była to jej pierwsza przegrana, ale wojna dopiero się rozpoczynała, moim zdaniem to był pierwszy krok w drodze do przepaści, a przynajmniej zaprzepaszczeniu chińskiej metody w przypadku Lulu.

Według Amy chińska metoda wychowania polega na wymaganiu od dziecka najlepszych wyników w nauce, całkowitego zawierzenia rodzicom i wykonywania ich wszystkich poleceń. Ten model nie przewiduje nagród ani publicznego chwalenia, zakłada zaś wielką krytykę w przypadku małej porażki. Amy pisze, że ma to jakoby udowodnić dziecku, że jest w stanie zrobić to, czego od niego żądają rodzice, że jest w stanie wygrać. O ile metoda sprawdza się nieźle w przypadku osiągania sukcesów, bo nie pozwala osiadać na laurach, o tyle w sytuacji porażki nie sprawdza się zupełnie.
W przypadku Lulu Amy co jakiś czas łamała założenia tej metody, próbując ją czasem przekupić. Moim osobistym zdaniem Amy o wiele więcej osiągnęłaby z Lulu wychowując ją innymi metodami, choć ja oczywiście nie jestem ekspertem, bo jedynym stworzeniem które wychowałam jest pies.

Bojowa pieśń tygrysicy jest książką dobrze napisaną, którą czyta się bardzo przyjemnie. Można z niej wyczytać, że surowe wychowanie nie zawsze jest złe (Sophia), ale także nie zawsze się sprawdza (Lulu). Z drugiej strony bycie chińską matką wymaga bardzo wielu wyrzeczeń i spędzanego z dziećmi czasu i może tego akurat zachodni rodzice powinni się od Amy nauczyć.
Każda metoda wychowania ma swoje wady i zalety, zaś wychowując surowo należy być konsekwentnym. Metodę należy dostosować indywidualnie do każdego dziecka, co Amy niestety się nie udało. Uważam, że popełniła ona wiele błędów (sporo w samych założeniach), co bynajmniej nie odbiera uroku lekturze jej autobiografii. Myślę, że warto przeczytać jej książkę, chociażby po to, aby choć przez chwilę zastanowić się nad problemem wychowywania dzieci i zobaczyć, że przekonanie rodzica o własnej słuszności może być bardzo złudnym uczuciem.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...