wtorek, 15 marca 2011

Terry Goodkind: Świątynia Wichrów

Informacje ogólne
Wydawca: Rebis
Rok wydania: 1999
Liczba stron: 712
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-7120-835-5
Cykl: Miecz Prawdy (tom 4)
Tytuł oryginału: Temple of the Winds
Tłumaczenie: Lucyna Targosz

Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 5=/6
uczucie własne: 4/6

Czwarty tom cyklu Miecz prawdy rozczarował mnie. Na początku dobiło mnie nietrzymanie się przez autora jakichkolwiek realiów, potem zaś nie podobało mi się zastosowane rozwiązanie. Całość uratowało trochę zakończenie, ale nie zmienia to faktu, że na tle innych tomów cyklu Świątynia Wichrów wypada słabo. Będę czytać kolejne tomy, ale wielki zapał już mi chyba minął.

Kolejne kraje poddają się imperium D'Hary. Do pałacu spowiedniczki zakrada się asasyn. Jagang wikła Richarda w zapętlone proroctwo, z którego nie ma wyjścia. Chcąc uratować przed śmiercią ludzi, Richard naraża się na zdradę Kahlan. Tymczasem nad światem wstaje czerwony księżyc - zapowiedź zagłady...

Na początku książka nie wciągnęła mnie tak jak poprzednie tomy, bo mało opisywała poczytania Richarda, a dużo Kahlan, a mnie bardziej podobają się jego przygody. Potem doszłam do momentu, w którym miałam ochotę rzucić czytnikiem o ścianę, albo walnąć nim kogoś, najlepiej autora. Powstrzymałam emocję, bo szkoda czytnika, ale jak można coś takiego wymyśleć?!
Richard jest władcą D'Hary. Od iluś pokoleń władza lorda Rahla jest absolutna, ludzie się nawet do niego modlą! Rahl Posępny ścinał ludzi za to, że płatek upadł w grobowcu jego ojca, a teraz autor pisze coś takiego. Nie, to naprawdę było straszne przegięcie...
Na początku książki żołnierze chorują na żołądek. Richard osobiście jedzie przywieźć im odpowiednią korę, bo gdzieś widział stosowne dęby. Pomińmy już milczeniem, że akurat miał pod ręką uzdrowicielkę, która mogła pojechać za niego, bo on miał ważniejsze sprawy na głowie. Dobra pojechał. Wrócił, żołnierze wyzdrowieli i są mu bardzo wdzięczni. Fajnie. Ale jak okazują swoją wdzięczność? Część składa mu hołd poprzez modlenie się do niego, ok, to rozumiem. Ale totalnie nie rozumiem, jak reszta może zapraszać go na piwo! Zapraszać na piwo swojego władcę absolutnego! To jest po prostu jakaś kpina!
Na tym nie koniec. Do pałacu przychodzi jeden chłopiec z drużyny Ja'La i prosi o pomoc lorda Rahla. Kahlan odsyła go z pieniędzmi, aby miał za co wyleczyć chorego brata. W tym czasie Richard jest tak zajęty, że nie ma nawet kilku minut na przyjęcie ambasadorów, którzy mają poddać (lub nie) swoje krainy. Kilka dni później, chłopiec znów zjawia się w pałacu. Okazuje się, że żadne leki nie skutkują, zaś z chłopcem jest coraz gorzej. Kahlan obwinia się o to, że nie zaprowadziła go jednak do Richarda. Lord Rachl, słaniający się na nogach, bo od kilku dni nie spał próbując znaleźć jakieś rozwiązanie mogące uratować ludzkość, idzie do domu chłopca, aby zobaczyć jego brata. Wie dobrze, że nie umie uzdrawiać, więc nie pomoże chłopcu, ale i tak idzie sam, zamiast wysłać uzdrowiciela, którego ma nawet pod ręką. Czy tak się zachowuje ktoś, na kogo barkach spoczywają losy świata?!
Ta wycieczka Richarda do domu chłopca, nie dobiła mnie jednak tak, jak to zapraszanie na piwo. Oj, chyba długo nie zapomnę Goodkindowi tego zapraszania na piwo władcy absolutnego.

W kwestii dalszej części, to mi się nie podobała i już. Nie istnieją jakieś szczególne argumenty. Przyznać muszę, że autor ładnie skonstruował kluczową postać i całkowicie udało mu się wywieść mnie w pole, choć nawet podpowiadał... Jeszcze tylko w jednym miejscu miałam ochotę się wciekać: nieudolność Richarda w dawaniu znaków, a potem obwinianie się Kahlan że nie zrozumiała (choć nie miała szans zrozumieć), doprowadziło mnie do lekkiej furii...

Taaak, dawno żadna książka nie wzbudziła we mnie tyle emocji. Szkoda tylko, że były one negatywne. Jeżeli byłaby to samodzielna książka, to nikomu bym jej nie poleciła, no ale czytając ten cykl trzeba przez nią przebrnąć. Mam nadzieję, że ci, którzy się za to zabiorą, dzięki wiedzy czego w niektórych momentach mają się spodziewać, mniej się nią zdenerwują niż ja.

Książkę czytałam na czytniku.

poniedziałek, 14 marca 2011

Poul Anderson: Stanie się czas - losowanie

Wszystkich, którzy poczuli się zainteresowani książką opisaną w poprzedni wpisie zachęcam do wzięcia udziału w losowaniu tej pozycji.

Zasady są proste - należy zgłosić swój udział w komentarzach pod tym wpisem do niedzieli 20 marca. Losowanie postaram się zrobić w poniedziałek, ale nie później niż w środę. Jestem strasznie ciekawa, czy będą jacyś chętni...

Poul Anderson: Stanie się czas

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka (dodatek do czasopisma Fantastyka)
Rok wydania: 2010
Rok pierwszego wydania oryginalnego: 1973
Liczba stron: 232
Wymiary: 96 x 162 mm
ISBN:978-83-7648-421-1
Tytuł oryginału: There Will Be Time
Tłumaczenie: Tadeusz Markowski

Ocena
ocena ogólna: 4/6
fabuła: 3+/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 4/6

Stanie się czas jest książką, którą jako jedyną (do tej pory) czytałam zarówno na papierze jak i na czytniku. Kiedy byłam w podróży czytałam wersję analogową ;), w domu zaś elektroniczną. Okazało się, że wolę czytać książkę na czytniku, zamiast na papierze. Na pewno wpływ na to miała mała czcionka w wersji papierowej, ale nawet książkę z dobrą czcionką, wolałabym chyba mieć w wersji elektronicznej :)
Po tej przydługiej dygresji, przystąpmy do omówienia treści ;)

Głównym bohaterem książki jest Jack Havig. Poznajemy go, kiedy jest jeszcze niemowlęciem i doprowadza do histerii swoją mamę. Później w wieku 4 lat dzieciak ginie na kilka godzin. W końcu do domu przynosi go tajemniczy mężczyzna, który znika zaraz po przekazaniu chłopca rodzicom.
Okazuje się, że Jack jest podróżnikiem w czasie. Potrafi przenieść się w dowolny czas geograficznie pozostając w tym samy punkcie. Chłopak bardzo chce poznać podobnych mu ludzi. W tym celu udaje się na ukrzyżowanie, gdzie odnajdują go przedstawiciele Orlego Gniazda - organizacji z przyszłości, która skupia takich jako on. Początkowo wydaje się, że kierują nią szczytne cele, ale czy tak jest naprawdę?

Stanie się czas nie jest książką zło. Czyta się ją dobrze, ale... Każdy, kto chce pisać o podróżach w czasie, z własnej i nieprzymuszonej woli naraża się na problemy i zarzuty. Anderson nałożył na te podróże dziwne ograniczenia, które moim zdaniem są wewnętrznie sprzeczne. Nie da się zmienić wydarzeń, które miały miejsce. Z jednej strony Jack może się wielokrotnie cofać w czasie i pojawić w wielu egzemplarzach w jednocześnie w tym samym miejscu, z drugiej zaś nie może uratować przed śmiercią ojca, czy też cofnąć się w czasie tak, aby uratować ukochaną. Może sam sobie dawać rady cofając się do swojej przeszłości, ale jego ścieżka życia jest jakby z góry wytyczona. Generalnie odniosłam wrażenie, że bardzo wiele jest wytyczone i niezmienne. Ale skoro tak, to po co Jack wogóle się przejmuje walką? Chyba że to jego przejmowanie też jest zdeterminowane...
Ten determinizm miał pewnie na celu uniknięcia paradoksów, ale takie podróże w czasie nie przemawiają do mnie i już. Choć faktem jest, że ja w takich sytuacjach jestem strasznie czepliwa. Przyczepiłam się nawet do pewnego odcinak Stargate, w którym niedopracowany był właściwie tylko jeden szczegół, a reszta była nawet całkiem dobrze pod tym względem przemyślana.

Podsumowując książkę polecam umiarkowanie, raczej osobom, które w kwestii paradoksów czasowych, są mniej czepliwe niż ja. Warto jeszcze zaznaczyć, że książka powstała w 1973 i, moim zdaniem, trzeba ją czytać z uwzględnieniem tego faktu.

niedziela, 13 marca 2011

Terry Goodkind: Bractwo Czystej Krwi

Informacje ogólne
Wydawca: Rebis
Rok wydania: 1999
Liczba stron: 600
Wymiary: 131 x 202 mm
ISBN: 978-83-7120-798-3
Cykl: Miecz Prawdy (tom 3)
Tytuł oryginału: Blood of the Fold
Tłumaczenie: Lucyna Targosz

Ocena
ocena ogólna: 5+/6
fabuła: 5-/6
stopień wciągania: 6/6
uczucie własne: 5+/6

Pisałam w komentarzach, że dojście do tomu piątego zajmie mi z pół roku. Ten cykl bardzo pragnął mnie przekonać, że się myliłam. Zamierzałam najpierw poczytać książki z innych rozgrzebanych przeze mnie cykli i nawet zaczęłam czytać kolejny tom Zimy świata, ale poległam. Mój pociąg do poznania dalszych przygód Richarda i Kahlan zwyciężył wszystko. Goodkind spowodował, że zarwałam kolejną noc. A ja naprawdę miałam robić coś zupełnie innego... No, ale z taką przemocą się nie wygra ;) Zaraz zaczynam tom czwarty, ale najpierw napiszę coś na temat trzeciego.

Zbiegłe Siostry Mroku poznają grozę Nawiedzającego Sny. Mriswithy atakują Richarda w Aydindril. Przywódca Bractwa Czystej Krwii przybywa do miasta, jest przekonany o słuszności swej sprawy i o tym, że sam Stwórca nawiedza go we śnie.
Ksieni odeszła, w Pałacu Proroka rozpoczyna się wojna o władzę. Richard wyrusza do dowódcy D’Haranczyków stacjonujących w mieście, po drodze spotyka go niespodzianka. Potem zaś rusza lawina wydarzeń...

Bractwo Czystej Krwi to książka, którą przeczytałam jednym tchem. No dobra, tak naprawdę to dwoma. Kiedy przekonałam się już, że nie uda mi się oderwać o niej póki nie skończę, zaczęłam przeskakiwać rozdziały, które nie dotyczyły Richard i wróciłam do nich dopiero jak wstałam.
Książkę czytało mi się świetnie. W tej części może nie dowiadujemy się zbyt dużo o świecie bohaterów, ale i tak jestem zachwycona. Jedyną moją wątpliwość budzą kwestie peleryny i Sylfy oraz znamion, które, jak dla mnie, najpierw została rozpoczęte, a potem nie wyjaśnione. No, ale może wyjaśni się to w następnym tomie.
Po raz kolejny chciałabym wszystkim polecić ten cykl, sama zaś biorę się za lekturę kolejnego tomu.

Książkę czytałam na czytniku.

sobota, 12 marca 2011

Robert J. Sawyer: Eksperyment terminalny

Informacje ogólne
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania: 1997
Tytuł oryginału: The Terminal Experiment
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski

Ocena
ocena ogólna: 5-/6
fabuła: 5-/6
stopień wciągania: 5-/6
uczucie własne: 5-/6

Po Eksperyment terminalny sięgnęłam pod wpływem nazwiska autora, z którym zetknęłam się wcześnie w trylogii Neandertalska paralaksa oraz faktu, że miałam ją akurat pod ręką, a potrzebowałam lekkiej (wagowo) książki na podróż.

Doktor Peter Hobson jest naukowcem pragnącym opracować super EEG, które jednoznacznie potrafiłoby określić, czy człowiek umarł, czy nadal jeszcze żyje. W trakcie testów odkrywa dość szczególną falę. Upublicznienie odkrycia wywołuje mnóstwo kontrowersji.
O ile w życiu zawodowym doktorowi wiedzie się świetnie, to w jego małżeństwo przeżywa kryzys. Peter nie umie wybaczyć żonie jej zachowania.
W ramach badania życia po śmierci Hobson tworzy trzy komputerowe kopie siebie. Jedna ma badać życie duchowe, więc odłączone są od niej funkcje ciała, druga życie wieczne, więc wyłączono strach przed śmiercią, trzecia zaś jest kontrolna. Eksperyment wydaje się przebiegać bez zarzutu, aż do chwili, w której okazuje się, że jedna z kopi jest mordercą...

Generalnie książka była bardzo dobra. Autorowi udało się wyprowadzić mnie na manowce, bo do ostatniej chwili nie wiedziałam która kopia jest winna, choć on przecież tak podpowiadał... Wszystkim miłośnikom science-fiction książkę polecam. Powieść otrzymała nagrodę Nebula '95 i była nominowana do nagrody Hugo '96.

Książkę otrzymałam od Kaliny i oddałam ją już przez podaj.net

piątek, 11 marca 2011

Terry Goodkind: Kamień łez

Informacje ogólne
Wydawca: Rebis
Rok wydania: 1998
Liczba stron: 890
Wymiary: 130 x 200 mm
ISBN: 978-83-7120-487-6
Cykl: Miecz Prawdy (tom 2)
Tytuł oryginału: Stone of Tears
Tłumaczenie: Lucyna Targosz

Ocena
ocena ogólna: 5+/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 6/6
uczucie własne: 5+/6

Ponieważ pierwszy tom cyklu skończyłam czytać pod koniec maja, to przed przystąpieniem do lektury Kamienia łez, postanowiłam przejrzeć Pierwsze Prawo Magii. Skończyło się na tym, że to było bardziej czytanie niż przeglądanie, zaś mimo (częściowej) znajomości wydarzeń było to ciekawsze niż za pierwszym razem. Zastanawiałam się czy nie zwiększyć oceny tamtej części, ale doszłam do wniosku, że pewnie teraz mnie bardziej wciągnęło, bo omijałam nudne kawałki i dałam spokój. Fajne jest jednak to, że książka nadal jest ciekawa w trakcie drugiego czytania.

Po tej małej dygresji, przejdę może wreszcie do tematu ;) Jak widać z oceny, Kamień łez podobał mi się bardzo. Generalnie książka miała tylko dwie wady: bardzo trudno się było od niej oderwać i miała małą nieścisłość z pierwszą częścią w kwestii tego kto wyniósł Księgę opisania mroku. Drugi tom zachęcił mnie do cyklu bardziej niż pierwszy (w pierwszym czytaniu) i dość szybko planuję wziąć się za tom trzeci. Zaś wszystkich czytających tę notkę bardzo zachęcam do lektury cyklu.

Kamień łez rozpoczyna się dokładnie w momencie zakończenia poprzedniego tomu. Początkowo mamy dwa główne wątki: jeden dotyczący Richarda i Kahlan i ich poczynań w wiosce Błotnych Ludzi, drugi zaś Zeda.
Czarodziej odkrywa, że w wyniku otwarcia szkatuły, na świat wydostał się przedmiot, którego wcale nie powinno tu być. Jakby tego było mało, okazuje się, że posłużenie się magią Ordena, umożliwiło wydostanie się na świat niebezpiecznych sług Opiekuna i grozi uwolnieniem jego samego.
Richardowi szybko przychodzi pożałować nieprzemyślanej decyzji opuszczenia Zeda. Zaczynają trapić go straszne migreny*, które udaje mu się znieść tylko dzięki swojemu uodpornieniu na ból. Jakby tego było mało, w wiosce pojawiają się tajemnicze Siostry Światła, próbujące przekonać Richarda, że tylko założenie obroży i udanie się z nimi, pozwoli mu przeżyć...

Mam nieodparte wrażenie, że pisząc Pierwsze Prawo Magii autor nie miał jeszcze pomysłu na Siostry Światła, zaś myśl o Opiekunie zaczęła mu dopiero kiełkować. To samo można powiedzieć o kwestii budzenia daru, bo w przeciwnym wypadku Zed powinien nie tylko zaproponować Richardowi naukę, ale także go ostrzec. Wydaje mi się jednak, że nie należy mieć tego za złe autorowi, bo przecież nie można wszystkiego wymyślić od razu. Mimo tego wymyślania na raty, przedstawiony świat jest dość spójny i czytanie cyklu jest bardzo przyjemne :)

*Autor chyba nigdy w życiu nie miał migreny, bo jakby miał, to wiedziałby, że machanie głową zamiast mówienia, to naprawdę nie jest w takiej sytuacji najlepszy pomysł.

Książkę czytałam na czytniku.

sobota, 5 marca 2011

Naomi Novik: Języki węży

Informacje ogólne
Wydawca: Rebis
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 392
Wymiary: 130 x 200 mm
ISBN: 978-83-7510-507-0
Cykl: Temeraire (tom 6)
Tytuł oryginału: Tonques of Serpents
Tłumaczenie: Jan Pyka

Ocena
ocena ogólna: 4/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 3+/6
uczucie własne: 4/6

Laurence i Temeraire dopływają do Australii gdzie mają odbywać swoje wygnanie. Początkowo Laurence ma nadzieję na przysłużenie się koloni i uzyskanie ułaskawienia od gubernatora, ale stan, który zastaje całkowicie go przekreśla. Kolonią rządzą buntownicy, zaś odsunięty od władzy gubernator nie jest człowiekiem, któremu Laurence chciałby pomóc wrócić do władzy.
Razem z wygnańcami, do Australii przybyli Granby i Iskierka oraz trzy smocze jaja zdobyte w Turcji, które mają się stać zalążkiem tutejszej kryjówki. Niedługo po nich przybywa Rankin, któremu ma zostać przekazane jedno z jaj. Temeraire nie chce się pogodzić z tą decyzją i planuje ucieczkę z jajem na czas jego wyklucia, jednak okazuje się to nierealne.
Po spędzeniu dłuższego czasu bezczynnie, Temeraire, Iskierka i niedawno wykluty smok, wyruszają w głąb kontynentu, aby odkryć i uzdatnić drogę z wybrzeża ku centrum lądu. Ich poszukiwania długo są bezowocne, aż pewnego dnia zuchwała kradzież całkowicie zmienia ich cel...

Języki węży czytało mi się ciężko. Właściwie tak do 2/3 to czytałam je prawie z obowiązku, wiedząc, że muszę je oddać do warszawskiej biblioteki, zaś w żadnej łódzkiej ich nie uświadczę. Ostatnia jedna trzecia książki jest całkiem fajna, szczególnie kawałki dotyczące smoka, który wykluł się z najmniejszego jaja. Zaś port, który pod koniec znajduje wyprawa, całkowicie zmienia sytuację na kontynencie.

Miłośnikom serii książkę umiarkowanie polecam, inni zaś niech zaczną od Smoka Jego Królewskiej Mości i potem się zastanowią czy chcą kontynuować serię. Jeżeli ukaże się następna część, to pewnie ją kiedyś w końcu przeczytam, ale zdecydowanie mniej będę na to czekać, niż na przeczytanie Języków.

piątek, 4 marca 2011

Joanna Chmielewska: Klin

Informacje ogólne
Rok pierwszego wydania: 1964
Cykl:
Przygody Joanny
(tom 1)

Dane najnowszego wydania
Wydawca: Kobra Media
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 232
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-61455-15-8

Ocena
ocena ogólna: 4/6
fabuła: 4/6
humor i styl : 4/6
uczucie własne: 4/6

Klin rozpoczyna cykl o przygodach alter ego autorki - Joanny Chmielewskiej. Może w tym miejscu warto wspomnieć, że Joanna Chmielewska to tylko pseudonim artystyczny pisarki, która naprawdę nazywa się Irena Kühn (wiki).

Lektura Klinu wprawiła mnie przyznam szczerze w lekkie osłupienie. Byłam przekonana, że podobają mi się wszystkie książki Chmielewskiej z jej wczesnego etapu, a tu okazało się, że Klin mi się zbyt szczególnie nie podoba. Przy czytaniu tej książki miałam wrażenie słowotoku, który niby coś opisuje, ale...

Joanna jest beznadziejnie zakochana bez wzajemności w pewnym mężczyźnie. Zdając sobie sprawę ze swojej sytuacji postanawia zwalczać klin klinem i umawia się z tajemniczym mężczyzną, którego poznała przypadkiem przez telefon. Nieznajomy nie chce zdradzić jej nawet swojego imienia, więc Joanna postanawia odkryć jego tajemnicę, powodując w przy tym niezłą aferę. Dodatkowo zaczyna mieć dziwne telefony od uczestników akcji "Szkorbut", pytanie jest tylko o co w niej chodzi...

Szczerze się zastanawiam, czy mi się przez ostatnie lata nie zmienił gust literacki. Klin to betka, bo jak się okazuje praktycznie nic z niego nie pamiętałam. Zanim zaczęłam czytać, to myślałam, że to jest powieść o tym małym z dnem co łapie fale. A swoją drogą w czym to było? Przypomnicie mi? Ale mój szok powoli narasta, bo zaczęłam ostatnio czytać Wszyscy jesteśmy podejrzani, 10% za mną, no i co prawda jest lepiej niż w Klinie, ale... Nie wiem, czuję się trochę skonsternowana tym faktem i zastanawiam się, czy mi się Chmielewska już tak nie podoba, czy może po prostu jednak nie mam w tej chwili na nią (a przynajmniej na jej "dorosłe" książki) szczególnej ochoty?

Książkę czytałam na czytniku.

Joanna Chmielewska: Wielkie zasługi

Informacje ogólne
Rok pierwszego wydania: 1981
Cykl: Janeczka i Pawełek (tom 2)

Dane najnowszego wydania
Wydawca: Kobra Media
Rok wydania: 2004
Liczba stron: 268
Wymiary: 125 x 185 mm
ISBN: 83-88791-56-7

Ocena
ocena ogólna: 5+/6
fabuła: 5/6
humor i styl : 5+/6
uczucie własne: 5+/6

Wielkie zasługi to drugi tom przygód Janeczki i Pawełka. Teoretycznie da się je czytać bez tomu pierwszego (sama tak po raz pierwszy robiłam, nie wiedząc nawet, że jest to druga część), ale myślę jednak, że warto czytać po kolei.

Są wakacje i rodzina Chabrowiczów odpoczywa nad morzem. Już pierwszego dnia rodzeństwo, oczywiście dzięki Chabrowi, odkrywa, że ktoś rozkopuje groby na starym cmentarzu. Koniecznie muszą się dowiedzieć kto za tym stoi. W pewnym momencie może i by poinformowali o wszystkim milicję, ale niezwiązane ze sprawą okoliczności zmuszają ich do popełnienia Wykroczenia. Taką winę mogą zmazać tylko Wielkie Zasługi.

Rodzeństwo i pies znowu są rewelacyjni. Przyznam szczerze, że nie pamiętałam, że ta książka jest taka dobra. W chwili obecnej jest ona dla mnie porównywalna z Nawiedzonym domem, choć wcześniej pierwszy tom wydawał mi się lepszy. Chaber jest boski i dzieciaki też. Nie wiem co jeszcze dodać, po prostu wszystkim serdecznie tę serię polecam. Ja jeszcze kiedyś do tej książki wrócę.

Książkę czytałam na czytniku.

środa, 2 marca 2011

Jenna Burtenshaw: Wintercraft

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 304
Wymiary: 130 x 195 mm
ISBN: 978-83-7648-624-6
Cykl: Wintercraft (tom 1)
Tytuł oryginału: Wintercraft
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz

Ocena
ocena ogólna: 4-/6
fabuła: 4-/6
stopień wciągania: 4-/6
uczucie własne: 4-/6

Do przeczytania tej książki zachęcił mnie jej opis, który wydał mi się bardzo tajemniczy. Szczególnie pierwsze zadanie było bardzo intrygujące: Oto świat, w którym śmierć jest nagrodą!. Niestety okazało się, że jak to bywa z blurbem, nie do końca o to w tej książce chodziło.

Poznajemy wyspę, której pradawne prawa zostały zapomniane, zastąpione przez chciwość i żądzę władzy, której stolica niegdyś służąca zmarłym, teraz jest siedzibą Rady, której zupełnie nie interesują potrzeby zwykłych ludzi. Jedną z członkiń rady jest Da’ru - Utalentowana, która chce udowodnić, że ich magia jest wielka, choćby kosztowało to wiele ludzkich istnień.
Główną bohaterką książki jest Kate Winters - dziewczynka, która dowiaduje się o swoim Talencie, w trakcie obławy na Utalentowanych w jej mieście. Utalentowani to ludzie umiejący manipulować Zasłoną miedzy życiem a śmiercią, umiejący zarówno leczyć, jak przywracać do życia. To właśnie z ich powodu Albion jest w stanie wojny z resztom świata, zaś sami Utalentowani muszą się ukrywać przed władzami.
Ważnym przedmiotem jest zaginiona księga Wintercraft, w której opisane są różne rytuały pozwalające naginać zasady Zasłony. Da’ru pragnie za wszelką cenę odzyskać tę księgę. Z misją jej znalezienia wysyła swojego sługę Silasa, który jednak ma co do niej swoje własne plany.

Początek książki był całkiem interesujący, zakończenie też jest obiecujące, ale niestety środek był po prostu nudny. Ile razy można uciekać i być łapanym? Naprawdę, po którymś razie przestaje to już być ciekawe. A niestety na tym właśnie polega spora część akcji.
Wintercraft to pierwsza część cyklu. Ze względu na zakończenie chętnie przeczytam kolejną część, o ile wpadnie mi w ręce, ale sama szukać jej nie zamierzam. Sam Wintercraft polecam bardzo umiarkowanie. Pomysł świata autorka miała ciekawy, ale zabrakło chyba trochę pomysłu na fabułę. Może w następnej części uda jej się rozwinąć? A może nie? Zobaczymy...

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...