niedziela, 26 czerwca 2011

Simon R. Green: Coś z Nightside

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 224
Wymiary: 125 x 195 mm
Cykl: Nightside (tom 1)
Tytuł oryginału: Something from the Nightside
Tłumaczenie: Mateusz Repeczko

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 5/6
styl narracji: 6/6
uczucie własne: 5+/6

Kojarzycie takie stare filmy z prywatnymi detektywami w nieodłącznych prochowcach? Właśnie taki obraz pojawił mi się przed oczyma, kiedy zaczęłam czytać tę książkę. Skojarzenie to przywołał bardzo szczególny styl narracji, którym pisana jest ta książka i który bardzo mi się podoba. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, narratorem jest John Taylor - prywatny detektyw, który ma dar odnajdywania każdej rzeczy czy osoby, niezależnie od tego, czy ona chce zostać odnaleziona.

Książka zaczyna się w momencie, w którym do Johna przychodzi Joanna - zrozpaczona matka, której córka uciekła z domu i w żaden sposób nie można jej znaleźć. John jest jej ostatnią deską ratunku, dlatego kobieta jest skłonna zapłacić każdą sumę, aby tylko udało się odnaleźć córkę.
Okazuje się, że trop prowadzi do Nightside – tajemniczego, ukrytego, mrocznego serce miasta, przepojonego złem odbicia Londynu. Nightside to miejsce w którym cały czas panuje noc, spokój i bezpieczeństwo to niezrozumiałe słowa, każdy może liczyć tylko na siebie, a przyjacielem jest ten, kto za często nie próbuje nas zabić. W Nightside nic nie jest tym, czym się wydaje, i choćbyśmy nie wiem jak chcieli, naprawdę nikomu nie można tam ufać.

John Taylor urodził się i wychował w Nightside. W tym mieście w mieście każdy go zna, a przynajmniej każdemu tak się wydaje. John ma dar, dzięki któremu może znaleźć dowolną rzecz, a także zrobić o wiele więcej. W Nightside Taylor wzbudza szacunek, jego mroczna sława poprzedza każdy jego krok, tak, że nawet demony ustępują mu z drogi. Tożsamość jego matki okrywa tajemnica, tak że jest on jedną z zagadek Nightside.
Pięć lat temu John uciekł z Nightside. Uciekł przed sobą, przed tym czym zaczął się stawać, miał dość wiecznego krycia się przed tajemniczymi prześladowcami, którzy od zawsze próbowali go zgładzić. Kiedy jednak zgodził się odnaleźć córkę Joanny i prowadził ją w noc, miał wrażenie, że wraca do domu. Nightside przywitało go oczywiście odpowiednio do swojej reputacji...

Coś z Nightside bardzo mi się podobało. Przygody Joanny i Johna Taylora były interesujące, ale tym, za co pokochałam tę książkę, jest styl narracji. Sposób w jaki napisana jest ta książka jest po prostu genialny! Ja się w nim zakochałam i już. Zakończenie było ciekawe i trzeba przyznać, że zaskakujące. Ze względu na nie, bardzo ciekawa jestem następnej części, którą na szczęście mam także na półce i po którą na pewno sięgnę w najbliższym czasie.
Wszystkich lubiącym mroczne i magiczne miejsca, oraz detektywów w stylu retro, bardzo serdecznie zachęcam do lektury tej książki. Narracja jest genialna, zaś fabuła ciekawa. Po prostu bardzo serdecznie polecam :).

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

piątek, 24 czerwca 2011

Stephen Deas: Adamantowy Pałac

Informacje ogólne
Wydawca: Dwójka bez sternika
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 432
Wymiary: 135 x 205 mm
Cykl: Pamięć Płomieni (tom 1)
Tytuł oryginału: The Adamantine Palace
Tłumaczenie: Krystyna Chodorowska

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 6=/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 5-/6

Adamantowym pałacem zainteresowałam się już na etapie jego zapowiedzi. Lubię smoki, a zapowiedzi obiecywały ciekawe ich wydanie. I rzeczywiście, smoki są tym, co wyjątkowo się Deasowi w tej powieści udało. To nie są wierne i mocno związane z człowiekiem smoki McCaffrey ani wręcz usłużne smoki Novik, te smoki najbardziej przypominają mi smoki Hobb, ze swoją niezależnością i dążeniem do dominacji własnej rasy. Smoki Deasa są po prostu smocze, oczywiście pisze tu o przebudzonych smokach, bo w Adamantowym pałacu smoki budzą się po trwającej tysiąclecia niewoli, pytanie czy uda im się wyrwać z ludzkiego więzienia pozostaje nadal otwarte…

Przebudzenie smoków jest w Adamantowym pałacu jedną z dwóch głównych osi fabuły. Drugą z nich jest walka o władzę – o stanowisko rzecznika – wybieranego co dziesięć lat zwierzchnika wszystkich królów. O ile smoczy wątek jest prosty i zrozumiały, o tyle walka o władzę jest pełna intryg i zawiłości. Kiedy już czytelnikowi wydaje się, że zrozumiał o co w niej chodzi i kto z kim jest w sojuszu, okazuje się, że wszystko jest całkiem inaczej. Ponieważ ja (chyba) nie przepadam za tego typu zawiłościami, to smoczy wątek o wiele bardziej mi się podobał.

Deasowi udało się stworzyć ciekawy świat zamieszkiwany przez prawdziwe smoki i wymyślić naprawdę dobrą fabułę. Niestety sposób opisania tego wszystkiego nie jest już tak dobry. Adamantowy pałac czyta się bardzo dobrze. Dzięki bardzo krótkim rozdziałom książkę pochłania się szybko, ale w sposobie narracji brakowało mi tego „czegoś”, co by sprawiło, że byłabym tą książką zachwycona. Ponieważ fabuła była interesująca, to z chęcią otwierałam książkę i czytałam kolejne strony, nie miałam jednak trudności z przerwaniem lektury i zajęciem się innymi sprawami. Mam nadzieję, że przy kolejnych częściach cyklu będzie mi trudniej się od nich oderwać ;)
Wszystkim miłośnikom smoczych smoków lub walki o władzę, książkę serdecznie polecam :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Dwójka bez sternika.

piątek, 17 czerwca 2011

Andrzej Pilipiuk: Wampir z M-3

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 336
Wymiary: 125 x 195 mm

Ocena
ocena ogólna: 4-/6
fabuła: 3/6 (jako powieść), 4/6 (jako zbiór opowiadań)
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 4=/6

Jakiś czas temu przeczytałam sporo książek Pilipiuka i generalnie mi się podobały, może bardziej cykl "Kuzynki" niż ten o Wędrowyczu, ale ogólnie było nieźle. Dlatego też poprosiłam o książkę Wampir z M-3. Cóż, nie było źle, ale bardzo dobrze też nie było. Można by powiedzieć, że momentami to było tak głupie, że aż śmieszne.

Książka opowiada o przygodach grupki polskich wampirów mieszkających w PRL-owskiej Warszawie. Do ich grona dołączyła właśnie Gosia - osiemnastolatka, która sześć miesięcy wcześniej powiesiła się ponieważ jej chłopak jej nie chciał i chodził z nią tylko z powodu układów jej ojca. Od starszych "krewniaków" dowiaduje się, że nie wszystkie mity o wampirach są prawdziwe: nie są one nadludzko silne, zaś przemiana następuje nie na skutek ugryzienia, ale z nieustalonych powodów jakiś czas po śmierci.
Życie Wampira pod rządami komunistów nie jest usłane różami. Co prawda ofiar w dużym mieście pod dostatkiem, ale deficytowa dieta odbija się na smaku krwi, dlatego też warto polować na ludzi lepiej odżywionych. I trzeba pamiętać, aby za dużo nie wypić, bo lepiej nie narażać się na śledztwo w sprawie morderstwa.

Trudno napisać o czym właściwie jest ta książką, bo moim zdaniem nazwanie jest powieścią jest sporą nadinterpretacją. Co prawda ma rozdziały, ale moim zdaniem jest to raczej zbiór opowiadań połączonych postaciami bohaterów i ułożonych w porządku chronologicznym. Nie istnieje oś fabularna łącząca całość książki, jest zaś kilka kolejnych wątków, które przewodzą kolejnym opowieścią. Myślę, że trochę lepiej odebrałabym tę książkę, gdybym od początku wiedziała, że jest to raczej zbiór opowiadań, a nie powieść, no, ale przepadło. Wy w każdym razie bądźcie ostrzeżeni ;)

Generalnie książka była niezła, można się było trochę pośmiać, czasem lekko załamać, kiedy indziej zaś na poważnie zastanowić, czy rzeczywiście w opisany sposób wyglądała PRL-owska Warszawa? Historykiem nie jestem, o tamtych czasach zaś nikt mnie w szkole nie uczył, więc nie mam pojęcia, ale wygląda to dość surrealistycznie, choć nie twierdzę bynajmniej że fałszywie.
Wszystkim miłośnikom prozy Pilipiuka, a szczególnie cyklu o Wędrowyczu (który się zresztą w Wampirze epizodycznie pojawia) książkę z polecam. Pozostałym miłośnikom fantastyki już raczej umiarkowanie, aczkolwiek można się trochę przy niej pośmiać :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Fabryka Słów.

wtorek, 14 czerwca 2011

Donna Woolfolk-Cross: Której imię wymazano

Informacje ogólne
Wydawca: Książnica
Rok wydania: 2000
Liczba stron: 432
Wymiary: 155 x 230 mm
Tłumaczenie: Alina Siewior-Kuś
Czyta*: Blanka Kutyłowska

Ocena*
ocena ogólna: 5+/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 5+/6
uczucie własne: 6/6


Długo zastanawiałam się jak napisać o tej książce: przyjąć założenie z blurba, czy jednak zrobić to całkowicie inaczej. W końcu ta druga alternatywa zwyciężyła. Powodem jest to, że zarówno blurb, jak większość recenzji zdradza zakończenie tej opowieści. Nie można powiedzieć, że jest to typowy spoiler i ja doskonale rozumiem dlaczego tak się dzieje, jestem jednak pewna, że lepiej by mi się czytało tę książkę, gdybym nie miała tej wiedzy. Czy bym po nią sięgnęła to sprawa kompletnie inna, niestety obawiam się, że tak by się nie stało. Tak więc tych, którym moja recenzja wyda się dostatecznie zachęcająca, przestrzegam przed blurbem i szukaniem innych informacji w sieci (bo większość z nich zdradza zakończenie), inni zaś niech sobie jeszcze coś niecoś na ten temat poczytają, może mimo wszystko temat ich zainteresuje. Z powyższych przyczyn nie podaję oryginalnego tytułu tej angielskiej powieści, ani alternatywnego polskiego, bo za dużo zdradzają. Nie jest problemem je znaleźć.

Której imię wymazano opowiada o dorastaniu i dorosłym życiu Joanny - córki kanonika i siłą nawróconej za chrześcijaństwo Saski. Joanna była najmłodszą z trójki rodzeństwa i jedyną dziewczynką w rodzinie. Dlatego też to z nią matka dzieliła sekret opowieści o swoich bogach, którego bała się powierzyć synom.
Jest IX wiek, wczesne średniowiecze w Europie. Analfabetyzm jest powszechny i akceptowany. Tylko księża i nieliczni świeccy umieją czytać i pisać. Wykształcona kobieta to kuriozum, coś przeciwnego naturze. Pęd Joanny do wiedzy drażni jej ojca, dziewczyna musi ukrywać przed nim swoje umiejętności. Czy w takich warunkach są jakiekolwiek szanse na to, aby mogła zostać uczonym?

Której imię wymazano łączy w sobie sprawnie napisaną historię z opisem średniowiecznych realiów. Fabuła jest dobrze skonstruowana i wciągająca, tak że naprawdę trudno się od tej książki oderwać. Moim zdaniem książka jest genialna i warta polecenia każdemu. Na mój zachwyt może trzeba spojrzeć przez pryzmat faktu, że ja generalnie książki historyczne lubię, ale niezależnie od tego serdecznie ją polecam wszystkim :)

Jednym minusem książki jest tłumaczenie, które jest nie tyle złe, co nie wiarygodne. W książce jest fragment, w którym Joanna podaje się za mężczyznę i jej sekret zna jeden człowiek z jej otoczenia. W tym kawałku wszystkie prywatne rozmowy między nimi są przetłumaczone z żeńskimi końcówkami (w angielskim nie ma odmiany czasowników przez osoby), co wydaje mi się bardzo niewiarygodne. Wielokrotnie bohaterowie nie mają pewności czy ktoś ich przypadkiem nie usłyszy i rozmawianie w ten sposób wydaje się całkowicie niepotrzebnym ryzykiem (wystarczy jedno podsłuchane słowo), zaś, że Joannie, za podawanie się za mężczyznę, groziła śmierć (prawdopodobnie w męczarniach). Dlatego też uważam, że tłumaczenie w tym miejscu jest dość niefortunne.

Pomijając jednak ten drobny minus, książka jest znakomita. Bardzo szybko wciąga i zmusza do dalszego zgłębianie treści. Autorce, w zgrabny sposób, udało się wpleść w fabułę wątek romansowy, który dodaje całości pikanterii. Choć można by powiedzieć, że był on nieodzowny, aby historia skończyła się tak, jak skończyć musiała, czyli zgodnie z informacjami zawartymi w źródłach.
Na końcu książki mamy jeszcze posłowie, w którym autorka wyjaśnia, które z wydarzeń nie były całkowicie zgodne z prawdą historyczną i motywuje swoje przekonanie, co do istnienia jednej z przedstawionych postaci historycznych. Ja osobiście jestem skłonna całkowicie w to uwierzyć.

Której imię wymazano to książka naprawdę warta przeczytania. Moim zdaniem każdy, kto lubi książki historyczne, powinien koniecznie po nią sięgnąć. Ja już sama nie wiem, jak mam wyrazić zachwyt dla tej książki, ale wierzcie mi, że jestem nią oczarowana. Po prostu bardzo, bardzo polecam :)

*Książki słuchałam.

niedziela, 12 czerwca 2011

Wyniki zakładkowej rozdawajki i słów kilka

Na początek chciałam was wszystkich przeprosić za to opóźnienie z wynikami, ale po prostu z powodu kłopotów z oczami nie siadałam w poprzedni weekend do komputera. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie.
Z oczami powoli wychodzę na prostą, moje początkowe leczenie się samodzielne nie było najlepszym pomysłem i dlatego tyle to trwało :/ Po kuracji zaleconej prze okulistę jest dużo lepiej :) Mam nauczkę, że nie należy się samemu leczyć :P

Przechodząc do meritum sprawy, przedstawiam listę zwycięzców. Obok nicku znajduje się numer wygranej zakładki. Do wszystkich z tej listy za 5 minut wyślę maila, więc jakby ktoś z tej listy ode mnie maila nie dostał, to niech da mi znać.

A oto lista:
Agaton 12
Agnes 30
Aneta 21
Angelika 5
Aspartate 3
Beatrix73 28
Elziutka 22
Eprilway (anonim) 7
Grendella 15
Hadzia 29
Hiliko 19
Ileana 9
Iza 16
Kalio 24
Katee 13
Kornwalia 2
Ksiazkowiec 20
Ksiazkowo 27
LadyBoleyn 11
Madmad 1
Madzia 8
Mariola 18
Moreni 6
Niedopisanie 25
Noelka 10
Vivi22 14
Ysabell 17

Zwycięzcom serdecznie gratuluję i mam nadzieję, że zakładki się spodobają :)

sobota, 11 czerwca 2011

Gail Z. Martin: Krwawy Król

Informacje ogólne
Wydawca: Dwójka bez sternika
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 528
Wymiary: 135 x 205 mm
Cykl: Kroniki Czarnoksiężnika (tom 2)
Tytuł oryginału: Blood King
Tłumaczenie: Marta Koniarek

Ocena
ocena ogólna: 5-/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 5/6
uczucie własne: 5/6

W drugim tomie o przygodach Trisa akcja minimalnie zwalnia. Nadal jest bardzo wciągająca i było mi bardzo trudno się od niej oderwać, ale autorka wplata o wiele więcej opisów. Krwawy król rozwiał kilka moich wątpliwości powstałych w pierwszej części, choć sprawy Sadena nie wyjaśnił, więc zmuszona jestem zadowolić się własną teorią na ten temat ;)

W Krwawym królu poznajemy niewyobrażalne okrucieństwo i jednocześnie głupotę Jareda, które obracają przeciw niemu mieszkańców Margolanu. Obserwujemy szkolenie Trisa w Stowarzyszeniu Sióstr, które postanowiły albo przygotować go dobrze do starcia z mrocznym magiem, albo zabić, jeżeli okaże się niedostatecznie gotowy. Romanse zapoczątkowane w Przywoływaczu są kontynuowane, choć Carina ma trudności z zaakceptowaniem swoich uczuć. Czas szybko mija i miesiąc Głogu przybliża się nieubłagania, a wraz nim ostateczne zwycięstwo lub ostateczna klęska. I choć wszyscy od początku wiedzą, że całkowita klęska raczej nie wchodzi w grę (w końcu ten cykl ma kolejne tomy), to pytanie kogo będzie trzeba poświęcić, aby wygrać w tej grze...

Podobał mi się sposób przedstawienia w tej książce wampirów. Z jednej strony są to istoty żądne krwi, choć zwykle jeleniej, posiadające nadnaturalną szybkość i wytrzymałość i ogromną zdolność regeneracji, z drugiej wielu z nich ,nawet po swoim przemienieniu, czynnie uczestniczy w życiu swoich bliskich i w części krain związki wampira ze śmiertelnikiem są całkowicie akceptowane.
Przyznam się wam, że kiedy w Przywoływaczu zorientowałam się, że autorka wprowadziła wampiry, zaczęłam być mocno sceptyczna, ale okazało się, że niepotrzebnie. Moim zdaniem wampiry w tej książce nie rażą i ładnie komponują się z resztą świata, co zapisuję jako duży atut tej książki. Ciekawa wydaje mi się religia podstawionego świata - wszystkie krainy wierzą w Panią, ale każda z nich w inny jej aspekt. Są cztery aspekty jasne i cztery ciemne, choć generalnie w książce bogini przedstawiana jest jako bóstwo dobre, które we wszystkich swoich aspektach sprzyja głównym bohaterom.

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, częstokroć z zapartym tchem. Fabuła, podobnie jak poprzednio, nie zachwyca oryginalnością, ale rekompensuje nam to z nawiązką wciągalność tej książki. Krwawy król to lekkie fantasy na letni wieczór, choć może lepiej napisać, że na letni weekend, bo na wieczorze może się nie skończyć ;) Polecam jako dobrą odskocznię od codziennych spraw :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Dwójka bez sternika.

wtorek, 31 maja 2011

Podsumowanie maja 2011

W maju opisałam rekordowo mało książek, bo tylko sześć. Mam nadzieję, że mimo mojego braku czasu, będzie to raczej wyjątek i chociaż do ośmiu-dziesięciu będę dochodzić, jednak niczego nie obiecuję.

W tym miesiącu opisałam dwa audiobooki (pocieszam się, że to ich długość przyczyniła się do tak skromnego wyniku), jedną książkę pożyczoną od Ysabell oraz trzy książki recenzyjne (w tym jedną szczotkę).

Książką miesiąca zostaje Przywoływacz dusz za ciekawy świat i wciągającą fabułę.

Maj był miesiącem audiobookowych porażek. Zaczęłam słuchać Chaty wuja Toma, wytrzymałam może godzinę i dałam sobie spokój. Nie wiem, czy to lektor mnie zdenerwował, czy to książka mi się nie podobała, ale słuchać się tego nie dało. Potem pora przyszła na Mariola, moje krople... znowu słuchałam może godzinę i doszłam do wniosku, że to nie dla mnie, choć tym razem nie była to na pewno wina lektora. Trzecie podejście to książka Kolebka nawigatorów Borchardta i znowu brak zainteresowania tematem. Za czwartym razem się udało, ale książka była zbyt mało interesująca, aby słuchać jej leżąc z kompresami na oczach*, więc zaczęłam znów poszukiwania. Najpierw sięgnęłam po Zwodniczy punkt Browna, ale lektor mnie pokonał, drugi strzał był tym razem celny, bo Której imię wymazano okazała się bardzo interesującą książka.

Mam nadzieję, że czerwiec będzie bardziej obfity w lektury i z tą nadzieją w sercu żegnam Was aż do weekendu, kiedy to planuję najbliższą recenzję :)

*jak pisałam przy stosiku, przemęczyłam sobie oczy i muszę być dla nich obecnie bardzo miła ;)

wtorek, 24 maja 2011

Stieg Larsson: Zamek z piasku, który runął

Informacje ogólne
Wydawca: Czarna Owca
Rok wydania: 2009
Objętość: 800 strony, 181 tys. słów
Wymiary: 135 x 210 mm
Cykl: Millennium (tom 3)
Tytuł oryginału: Luftslottet som sprängdes
Tłumaczenie: Alicja Rosenau
Czyta*: Krzysztof Gosztyła
Ocena*
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 5+/6
uczucie własne: 4+/6

Tym razem wrażenia bardziej na bieżąco, bo tylko z kilkudniowym poślizgiem ;)
Podobnie jak w poprzedniej części przeszkadzały mi opisy czynności związane z komputerem, ale poza tym było dużo lepiej. Książka była zdecydowanie bardziej wciągająca niż część druga. Można wręcz powiedzieć, że moja melanżowa chusta dużo jej zawdzięcza. Zapewne gdyby Zamek był mniej wciągający, chusty byłoby o wiele mniej ;) Jednak zdecydowany wpływ na dużo większą wciągalność Zamku miało to, że akcja została zawiązana w Dziewczynie, więc nie był konieczny żaden wstęp.

Nad fabułą nie będę się rozwodzić, bo (a) łatwo znaleźć coś na ten temat w sieci, (b) książka jest bezpośrednią kontynuacją Dziewczyny, więc trudno coś napisać nie zdradzając zakończenia poprzedniej części.
Książka miała swoje wzloty i upadki, ale ogólnie jest nieźle. Były momenty, w których udało się autorowi mocno mnie zaskoczyć, co odbieram jako duży plus. Bardzo mi się podobało pognębianie pewnego psychiatry, zaś kawałek po zakończeniu głównego wątku lekko mnie zniesmaczył. Jednak przyznać trzeba autorowi, że w sumie ładnie zakończył książkę, choć przez tamtą krótką chwilę myślałam inaczej. Generalnie wszystkim lubiącym książki sensacyjne, Zamek (oczywiście co najmniej po Dziewczynie) serdecznie polecam.

*Książki słuchałam.

niedziela, 22 maja 2011

Mark Barrowcliffe (pseud. M. D. Lachlan): Synowie boga

Informacje ogólne
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron:
Wymiary: 125 x 195 mm
Cykl: Synowie boga (tom 1)
Tytuł oryginału: Wolfsangel
Tłumaczenie: Kamil Lesiew

Ocena
ocena ogólna: 4/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 4/6

Synowie boga to książka przesycona nordycką mitologią. Samo w sobie nie jest to zarzutem, ale staje się nim biorąc pod uwagę, że książkę ciężko się czyta bez znajomości tejże. Niby są w treści książki drobne wprowadzenia, ale moim zdaniem mogą one co najwyżej pomóc sobie coś przypomnieć, niż wprowadzić czytelnika w nordycki świat bogów. Może ja mam za duże wymagania, ale moim zdaniem przydałby się jakiś wstęp wyjaśniający wzajemne powiązania i charaktery tych bogów... choć z drugiej strony pewnie musiałby być za obszerny, więc może nie mam racji?

Synowie boga to opowieść o bliźniętach, synach boga, których rozdziela królowa czarownic. Jeden z nich trafia na dwór jednego z królów, gdzie wszyscy uważają go za królewskiego syna, zaś prawdę zna tylko jego przybrany ojciec. Drugi wychowuje się wśród wojowniczych wyznawców Odyna, potem zaś zostaje porzucony i przekazany na wychowanie wilkołakowi. Los każdego z nich obserwuje królowa czarownic, przekonana, że ich zadaniem jest obalenie Odyna. Jednak wszystko okazuje się bardziej skomplikowane niż się wydaje...

Książka jest dziwna i poplątana. Na początku mamy mozolne, ponad stu stronicowe wprowadzenie w świat, a dopiero potem książka się rozkręca. Jak już się rozkręci, to gna dość szybko do przodu, aby zwolnić gwałtownie pod sam koniec. A koniec jest tak poplątany i dziwny, że po prostu nie wiem co napisać. Mi w każdym razie to zakończenie się nie podobało.

Książka utrzymywana jest w stylu mitologicznej opowieści, przez co w polskim tłumaczeniu język jest stylizowany na staropolski. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że stylizacja ta jest nieudana. Nie wiem, czy autor w wersji oryginalnej też robił to tak słabo, czy to polski tłumacz się nie popisała, ale wygląda to źle. Stylizacja jest niekonsekwentna i czasami występuje, czasami jej wcale nie ma, a w pozostałych przypadkach jest sztucznie wprowadzana pojedynczymi słowami, które raczej kują w oczy, niż wprowadzają mitologiczny nastrój.

Generalnie polecam bardzo umiarkowanie, mocniej mogę polecić tylko osobom dobrze znającym nordycką mitologię, bo zapewne jest spora szansa, że im ta książka bardziej się spodoba, z tego prostego powodu, że ją lepiej niż ja zrozumieją.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka.

sobota, 21 maja 2011

Gail Z. Martin: Przywoływacz Dusz

Informacje ogólne
Wydawca: Dwójka bez sternika
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 576
Wymiary: 135 x 205 mm
Cykl: Kroniki Czarnoksiężnika (tom 1)
Tytuł oryginału: The Summoner
Tłumaczenie: Marta Koniarek

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 5+/6
uczucie własne: 5/6

Przywoływacz Dusz zainteresował mnie jeszcze na etapie zapowiedzi, zaś po recenzji Pablo stwierdziłam, że muszę go przeczytać. Trudno nie zgodzić się z Podłuchem, że książka ta, mimo dość schematycznej fabuły, jest świetnym kawałkiem fantasy. Ma w sobie to "coś", dzięki któremu trudno się od niej oderwać, zaś po jej skończeniu ma się ochotę na więcej.

Podoba mi się sposób w jaki jest napisany Przywoływacz Dusz. Z jednej strony już po kilku stronach zaczyna się coś dziać, zaś po kilkudziesięciu akcja zaczyna pędzić, z drugiej autorka umiejętnie wplata w tekst informacje o przedstawianym świecie. Dzięki temu nie mamy nudnego wprowadzenia, jednocześnie zaś czytelnik nie ma uczucia, że informacji o świecie jest za mało. Kolejne elementy układanki dopasowują się powoli i wielokrotnie zmuszeni będziemy zweryfikować swoje poglądy na temat świata opowieści, jednak żadna z przyszłych informacji nie jest nam potrzebna do zrozumienia aktualnie czytanych wydarzeń. Wydaje mi się to najlepszym z możliwych sposobem wprowadzenia czytelnika w świat opowieści.

Przywoływacz Dusz opowiada o Martrisie Drayke, drugim synu króla Margolanu, wnuku Bava K'aa - ostatniej Przywoływaczki Dusz. Poznajemy go w Nawiedziny - w dniu, w którym duchy chodzą otwarcie po świecie i każdy może je zobaczyć. Widzenie duchów nie jest dla Trisa niczym niezwykłym, gdyż w odróżnieniu od innych ludzi, jest on w stanie widzieć je zawsze, nie tylko w dzień ich święta. Tego dnia jednak po raz pierwszy dostaje ostrzeżenie od ducha, niebezpieczeństwo czyha ze strony Łapacza Dusz...
Bardzo szybko poznajemy przyrodniego brata Martrisa - Jareda - następce tronu i wielkiego okrutnika. Tris wraz z siostrą Kaity próbują uświadamiać ojcu jakim człowiekiem jest jego pierworodny, niestety król nie chce przyjąć faktów do wiadomości. Wszystko wróży czarną przyszłość królestwa Margolanu. Noc zaś nadejdzie szybciej niż się tego ktokolwiek spodziewa...
O ile Tris jest głównym bohaterem tej książki, o tyle główną bohaterką jest Kiara Sharsequin - następczyni tronu Isencroftu od dziecka zaręczona z dziedzicem Margolanu. Jej kraj jest słynny z tego, że każdy jego mieszkaniec doskonale obchodzi się z bronią i Kiara nie jest wyjątkiem, to księżniczka-wojowniczka. Jest także wybranką Pani - bogini, która pobłogosławiła ją na polu bitwy i oznajmiła, że ma co do niej swoje plany. Nadchodzi czas ich wypełnienia...

Martin umiejętnie splata losy bohaterów budując powiązania, z których części daje szybko poznać czytelnikowi, resztę zaś ukrywa sprawiając nam później duża niespodziankę. Jej świat pełen jest magii jakiej nie znamy i pełnych głębi bohaterów zarówno żywych jak i (nie)umarłych.
W Przywoływacz Dusz widzimy zmagania Trisa z jego nowo odkrytą mocą, która jest tak samo wielka jak nieokiełznana, przerażająca zarówno dla niego, jak i jego otoczenia. Pytanie czy uda mu się opanować swoją magię i ocali świat przez rządami zła jest cały czas otwarte. Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejną część cyklu, która w polskich przekładzie ukaże się już 10 czerwca. Wszystkim zaś pragnę polecić Przywoływacz Dusz jako świetny kawałek fantasy, który czyta się bardzo dobrze, błyskawicznie połykając kolejne strony.

Jedyną moją wątpliwość w całej książce, wzbudziły końcowe wydarzenie rozgrywające się po przekroczeniu mostu. Doprawdy nie rozumiem, dlaczego autorka nie wyjaśniła motywacji króla Stadena, albo nie napisała, że to nie król, ale generał stał za wydarzeniami. Mogę sobie wymyślić kilka teorii wyjaśniających wszystko, ale wołałaby o tym przeczytać, a nie zgadywać. No, ale może wyjaśni się to trochę w następnej części? Zobaczymy. Niezależnie od tego książka była bardzo dobra i jeszcze raz pragnę ją wszystkim bardzo polecić :)

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Dwójka bez sternika.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...