środa, 27 października 2010

Bernard Cornwell: Pieśń Łuków - Azincourt

Informacje ogólne
Wydawca: Esprit
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 600
Wymiary: 140 x 200 mm
ISBN: 978-83-60040-90-4
Tytuł oryginału: Azincourt
Tłumaczenie: Tomasz Tesznar

Ocena
ocena ogólna: 4=/6
fabuła: 4+/6
stopień wciągania: 3/6
uczucie własne: 4=/6

Pieśń Łuków to trzecia przeczytana przeze mnie książka Cornwell i z dotychczasowych zdecydowanie najgorsza. Tym, co najbardziej w niej kulało, była wciągalność. Praktycznie nie było momentu, w którym miałabym problem z odłożeniem książki.

Azincourt to historia pewnego angielskiego łucznika, który z powodu osobistych zatargów stał się banitą i musiał zaciągnąć się do kontyngentu łuczników zdążających do Francji. Tam wziął udział w obronie Soissons, którego patronami są święci Kryspin i Kryspinian. Nick uratował się z pogromu miasta, właśnie dzięki pomocy tej pary świętych (podpowiadali mu co ma zrobić).
Następnie wrócił do Anglii, aby pod koniec znów wylądować we Francji i wziąć udział w słynnej bitwie pod Azincourt. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie...

No cóż, mi się tak książka nie podobała. Przeczytałam, trochę dlatego, że się uparłam, a trochę, bo byłam ciekawa co autor jeszcze wymyśli... Kalio oceniła tę książkę na 5/6, a jej wciągalność na 6/6...
Ja w każdym bądź razie nie polecam, ale nie twierdzę, że dla innych ta książka nie może być ciekawa (i wciągająca). Dla mnie niestety nie była :(

poniedziałek, 25 października 2010

Judith Merkle Riley: Księga Małgorzaty

Informacje ogólne
Wydawca: Książnica
Rok pierwszego wydania: 1996
Rok tego wydania: 2008
Liczba stron: 448
Wymiary: 110 x 175 mm
ISBN: 978-83-245-7604-3
Cykl: Księga Małgorzaty (tom 1)
Tytuł oryginału: A Vision of Light
Tłumaczenie: Ewa Pankiewicz
Czyta: Elżbieta Kijowska

Ocena
ocena ogólna: 5=/6
fabuła: 5=/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 5/6

Nie wiem dlaczego, ubzdurałam sobie, że jest to książka historyczna. Chyba wpływ na mnie miała treść okładki, w której wydawca twierdzi, że spod pióra autorki wychodzi barwny realistyczny obraz minionych czasów. No cóż, książka ta historyczną nie jest! Już o wiele bliżej jej do książki fantastycznej niż historycznej, bo jak inaczej zakwalifikować tytułową (w wersji oryginalnej) "wizję światła" i osiągnięte dzięki niej lecznicze zdolności jednej z bohaterek? Ale zacznijmy od początku...

Małgorzatę poznajemy, jako żonę bogatego kupca, której głos każe spisać historię swojego życia. Ponieważ umiejętność pisania, nie była rozpowszechniona w XIV wieku, to do wykonania tego zadania, Małgorzata musi znaleźć skrybę, co okazuje się dość trudne. W końcu udaje jej się wynająć brata Grzegorza, którego skłania do zastanowienie sutym posiłkiem.
Od tej chwili opowieść toczy się dwoma torami: z jednej strony czytamy, co Małgorzata dyktuje Grzegorzowi, z drugiej zaś obserwujemy ich dyskusje i podglądamy obecne życie Małgorzaty.
Historia życia głównej bohaterki zaczyna się, gdy ta, jako mała dziewczynka, traci matkę. Niedługo potem ksiądz zmusza jej ojca do ślubu z kobietą, z którą sypia (ojciec nie ksiądz). Jednocześnie duchowny proponuje jej bratu Dawidowi możliwość służenia do mszy, później zaś naukę liter. Z powodu tych dwóch wydarzeń, życie małej Małgorzaty całkowicie się zmienia.
Dalej Małgorzata opowiada o swojej młodości, zamążpójściu i problemach z mężem. Jakiś czas później poznaje Hildę - położną, która z czasem staje się jej przyjaciółką i nauczycielką, od tego momentu jej opowieść staje się coraz bardziej nieprawdopodobna...

Książkę polecam, tylko proszę nie nastawiajcie się na książkę historyczną (jak ja w swej głupocie zrobiłam). Jako książka fantastyczna, jest książką bardzo ciekawą. Jedyne wątpliwości budzi zakończenie. Jakby książka skończyła się wraz z zakończeniem spisywanie historii życia Małgorzaty, było by świetnie. Niestety autorka postanowiła kontynuować historię (najprawdopodobniej, aby móc napisać kolejną książkę), więc zakończenie jest trochę naciągane. Z ciekawości pewnie sięgnę po kolejną część - W poszukiwaniu szmaragdowego lwa, ale na pewno nie od razu.

Książki słuchałam

sobota, 23 października 2010

Raymond E. Feist: Zdrada w Krondorze i Skrytobójcy w Krondorze

Informacje ogólne
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2002, 2003
Liczba stron: 446, 336
Wymiary: 115 x 185 mm
Cykl: Dziedzictwo wojny światów
Oprawa: miękka
Tytuł oryginału: Krondor: The Betrayal i Krondor: The Assassins
Tłumaczenie: Andrzej Sawicki


Recenzją tą chciałam skończyć opisy przeczytanych przeze mnie dotychczas książek Raymond E. Feist. Niestety będzie to finał dość smutny, bo książki te oceniam na 3+ podczas gdy opisane przeze mnie wcześniej jego książki oceniałam średnio na 5. Dlatego też proszę o nie zrażajcie się przez tę recenzję do Feista. Bo inne książki ma o wiele lepsze.

Książki te oparte są na fabule gry komputerowej "Betrayal at Krondor". Koniecznie wymagają zapoznania się wcześniej z Mrokiem w Sethanon, bo jest w nich bardzo wiele odniesień do opisanych w Mroku wydarzeń. Ja, która Mrok czytałam jakiś rok przed lekturą tych książek, muszę przyznać, że już trochę się gubiłam, więc najlepiej być bardziej na świeżo. Nie należy także robić przerwy po Zdradzie w Krondorze, bo obie te książki są ze sobą bardzo związane, można by nawet napisać, że to jedna książka w dwóch częściach.

Właściwie nie wiem, dlaczego ta akurat para, tak mnie do siebie zniechęciła. Może to, że była oparta o grę, wpłynęło jakoś na mój odbiór? A może byłam za dawno po lekturze Mroku i już wszystkiego nie rozumiałam? Nie wiem. W każdym razie 3+ dla tej pary, co bynajmniej mnie nie zniechęci do czytania kolejnych książek Feista. Jego powieści jak najbardziej polecam, choć tę akurat parę nieszczególnie.

Książkę czytałam ponad rok temu.

piątek, 22 października 2010

Cztery nieprzeczytane

Kolejna książka dołączyła do ostatnio nieprzeczytanych, więc chyba nadszedł czas, aby napisać o nich kilka słów:

Kwiaty śliwy w złotym wazonie to bardzo stara (z 1617 roku) powieść chińska nieustalonego autora.
Przeczytałam kilkadziesiąt stron i wcale nie byłam zainteresowana co będzie dalej. Dlatego też dałam sobie spokój.

Hemoroidy Napoleona to książka, której autor wziął za cel, udowodnienie, że historią rządzi przypadek. W efekcie udało mi sie przebrnąć przez jeden rozdział.

W Bękarcie ze Stambułu przeszkadzał mi styl narracji. Dobrnęłam chyba do 50 strony i dałam spokój. W końcu czytanie ma być przyjemnością.

Po Pieśń Łowcy sięgnęłam, bo miałam w planach przeczytać coś Tada Williams a tę książkę akurat miałam w domu, więc zabrałam ją na dwugodzinną podróż pociągiem. Dzięki temu, że droga powrotna także trwała dwie godziny, przeczytałam jakąś 1/3 książki. Potem próbowałam się jeszcze za nią zabrać, ale doszłam ostatnio do wniosku, że nie ma sensu. Lepiej poczytać coś co mi się spodoba :)
Tego autora mimo wszystko spróbuje jeszcze coś przeczytać, bo wydaje mi się, że ta akurat książka była specyficzna. Jest to książka o kotach i być może kociarzowi by się spodobała. Ponieważ ja akurat wolę psy, to dla mnie była raczej nudna.

To tyle, jeżeli chodzi o nieprzeczytane książki z kilku ostatnich miesięcy. Jak zbierze mi się kilka kolejnych, to będzie następna taka notka.

czwartek, 21 października 2010

Marcel Pagnol: Żona piekarza

Informacje ogólne
Wydawca: Esprit
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 240
Wymiary: 130 x 200 mm
ISBN: 978-83-61989-06-6
Tytuł oryginału: La Femme du boulanger
Tłumaczenie: Krzysztof Chodacki

Ocena
ocena ogólna: 4/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 4/6
uczucie własne: 4/6

W pierwszym zdaniu chciałam zaznaczyć, że Żona piekarza to dramat. W recenzji Kalio, pod wpływem której sięgnęłam po tę książkę, co prawda ta informacja jest, ale w zdaniu ostatnim, więc ja nieszczęsna przekonałam się o tym dopiero po otwarciu książki. Jakby wiedziała wcześniej, to pewnie bym jej nie wypożyczyła z biblioteki (bo za dramatami nie przepadam), ale skoro już pożyczyłam, to postanowiłam przeczytać.

Książka opowiada o piekarzu, który właśnie przybył do miasteczka, po samobójczej śmierci poprzedniego. Jego żona jest bardzo piękną kobietą. Piekarz chwali się ją przed wszystkimi.
Szybko przekonujemy się, że piekarz zupełnie nie rozumie swojej żony ani jej potrzeb. Kiedy ta znika nie potrafi przyjąć do wiadomości, że uciekła z pasterzem. Cały czas próbuje przekonać siebie i innych, że pojechała odwiedzić matkę, choć kolejni świadkowie przeczą tej teorii.
W końcu piekarz daje się przekonać i zapowiada, że nie będzie piekł chleba, aż jego żona nie wróci. Zaszantażowana w ten sposób ludność miasteczka, wyrusza na poszukiwania.

Jak już pisałam, nie przepadam za dramatem, więc książkę czytało mi się raczej średnio. Co prawda jest to komedia, w założeniu pełna sporej dawki humoru, ale jakoś on do mnie nie przemawiał. Zapewne dobrymi czytelnikami Żony byli by ci, którzy znają realia Francji sprzed II Wojny Światowej (to jest utwór z 1938!). Sądzę, że tacy czytelnicy znaleźli by o wiele więcej zabawnych sytuacji, niż osoba taka jak ja, realiów tych nie znająca.
Generalnie jako ocena miało być 3+, ale zakończenie podwyższyło ocenę do 4. Bardzo spodobała mi się końcowa rozmowa piekarza z kotką, ale czemu to musicie przekonać się sami ;) Książkę umiarkowanie polecam, ale zdecydowanie raczej tym, którym ten rodzaj literacki nie przeszkadza.

środa, 20 października 2010

Edna Buchanan: Miami w ogniu

Informacje ogólne
Wydawca: Amber
Rok wydania: 1996
Liczba stron: 245
Wymiary: 145 x 210 mm
ISBN: 83-7169-006-1
Cykl: Britt Montero (tom 1)
Tytuł oryginału: Contents under presure
Tłumaczenie: Paweł Wieczorek

Ocena
ocena ogólna: 5-/6
fabuła: 5-/6
stopień wciągania: 5-/6
uczucie własne: 5-/6

Britt Montero jest reporterką policyjną w Miami Daily News. Jej zadanie jest pisanie reportaży z policyjnych akcji. Jednym z tematów jest śmierć D. Wayne Hudson - zawodnika, który wyrwał się z (murzyńskiego) getta, zaś po kontuzji, która uniemożliwiła mu dalszą grę, zajmował się pomocą młodzieży z trudnych środowisk.
Początkowo jego śmierć wydaje się tragicznym wypadkiem. Powodem śmierci było czołowe zderzenie, w wyniku ucieczki przed policją. Policjanci ścigali go, bo dostali zgłoszenie o kradzieży samochodu. Hudson jechał własnym samochodem i jedyną zagadką jest, dlaczego uciekał. Kiedy jednak policja zaczyna rzucać kłody pod nogi reporterce pragnącej tylko uzyskać więcej informacji, zaczyna się ona zastanawiać, czy coś się za tym nie kryje...

Książka moim zdaniem jest bardzo dobra. Przez większość czasu jest dość wciągająca, choć jest parę dłużyzn. Fabuła też jest bardzo dobra, jedynie wątpliwość moją budzi zakończenie, a szczególnie wydarzenia zapoczątkowane w sklepie z którego Britt musiała uciekać.
Książkę polecam każdemu i na pewno sięgnę po kolejną pozycję tej autorki.

wtorek, 19 października 2010

Maurice Druon: Król z żelaza

Informacje ogólne
Rok wydania: 1972
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Cykl: Królowie przeklęci (tom 1)
Tytuł oryginału: Le Roi de Fer
Tłumaczenie: Anna Jędrychowska
Czytał* : Ryszard Nadrowski
Dane najnowszego wydania:
Wydawca: Otwarte
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 352
Wymiary: 115 x 168 mm
ISBN: 978-83-7515-116-9
Tłumaczenie: Adriana Celińska
Ocena*
ocena ogólna: 5=/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 4/6
uczucie własne: 5=/6

Już od jakiegoś czasu miałam tę książkę w planach, bo rzuciła mi się w oczy, jak przeglądałam co historycznego poleca mi biblionetka. Recenzja Kalio spowodowało moją mobilizację, co zaowocowało znalezieniem przez mnie audiobooka. Ponieważ właśnie kończyłam słuchać Herriota, postanowiłam, że moją następną słuchaną książką będzie właśnie Król z żelaza.

Słuchałam pierwszego wydania polskiego tej książki z 1972 roku i nie rozumiem o co chodzi z tym trudnym językiem. Może on i jest stylizowany, azali ;) ja tam taką stylizację lubię i jestem przyzwyczajona. Może dlatego, że swego czasu przeczytałam mnóstwo książek historycznych, w których na język irytowałam się tylko przy Sienkiewiczu i jego łacińskich wstawkach (masakra po prostu :/). W sumie jedynym słowem, którego znaczenia nie znałam były jałmużniczki, ale sam autor wyjaśniał, że chodzi o sakiewki (a może to jest trudne słowo?), a google też w tej sprawie ma dużo do powiedzenia.

Skoro już powiedziałam swoje 3 grosze o tłumaczeniu to może przejdę teraz do fabuły. Ma ona dwie główne osie. Jedną jest proces templariuszy, który w opisywanym okresie właśnie się kończy, a którego historię przybliża nam wielki mistrz w swoich wspomnieniach, oraz jego klątwa, która zaciąży na losach królestwa. Drugą osią fabuły jest wątek zdrady synowych króla, których cudzołóstwo postanawia obnażyć jego córka.

Książka jest dobra. Nawet bardzo dobra, ale... Już od 2 dni waham się miedzy 4+ a 5. Stanęło w końcu na 5= bo zdecydować się nie mogłam. Jak dla mnie brakuje jej tej iskry, tego czegoś. W sumie w wszystkich książkach historycznych opisujących znane postacie, z góry wiemy co się stanie, a mimo to potrafią być wciągające. Ta książka niestety, w moim przypadku, miała z tym lekki problem.
Mimo tego wszystkim miłośnikom książek historycznych, jak najbardziej ją polecam. Na pewno sięgnę po kolejne tomy serii (szczególnie że całą znalazłam w formie dźwiękowej), ale być może po trzecim tomie poczekam na dalsze nowe wydania, aby móc sobie powstawiać ładne okładki na bloga ;) Innych "lektur" w tym czasie na pewno mi nie zabraknie ;)

*Książki słuchałam.

poniedziałek, 18 października 2010

Paolo Giordano: Samotność liczb pierwszych

Informacje ogólne
Wydawca: WAB
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 304
Wymiary: 123 x 195 mm
ISBN: 978-83-7414-732-3
Tytuł oryginału: La solitudine dei numeri primi
Tłumaczenie: Alina Pawłowska-Zampino

Ocena
ocena ogólna: 4/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 4/6
uczucie własne: 3+/6

Książka opowiada historię dwojga młodych ludzi z problemami, którzy co trochę się do siebie przybliżają i oddalają.
Alice w wielu 7 lat miała wypadek i ma niedowład jednej nogi. W wyniku przeżytej traumy popada w anoreksję.
Mattia, jako mały chłopiec, popełnił błąd, który będzie sobie wypominał do końca życie. Ma wielki talent do matematyki i jednocześnie wielkie problemy w kontaktach z ludźmi.
Alice i Mattia spotykają się przypadkiem w szkole i zostają przyjaciółmi. Każde z nich czuje coś do drugiego, ale ma problem z wyrażeniem swoich uczuć.

Teraz sobie pokrytykuję, tylko uprzedzam, że będę zdradzać treść książki.

Alice: brakuje mi wyjaśnienia czemu ona właściwie zapadła na anoreksję (autor tak tego nie nazywa, ale to jest to), są jakieś znaki, że miało to jakiś związek z wypadkiem, blizną i niedowładem nogi, ale nic więcej. Anoreksja jest chorobą wyniszczającą, czytelnik zaś obserwuje kolejne lata życia Alice i nic się nie dzieje. Ledwo kilka omdleń w szkole i zatrzymanie miesiączki, żadnych lekarzy, szpitali, a przecież nie da się normalnie żyć tyle lat, odżywiając się jak Alice. Totalnie nie pasuje mi także zachowanie jej męża. On jest lekarzem, widzi co się dzieje, ale zaczyna mu to przeszkadzać dopiero po tym jak mówi Alice, że chciałby mieć dziecko. Obwinia ją o to, że nie je, choć będąc lekarzem powinien wiedzieć, że to jest choroba i zamiast ją potępiać, powinien spróbować jej pomóc.

Mattia zostawił w parku swoją niedorozwiniętą siostrę i ona przepadła. Nie rozumiem milczenia w tej rodzinie, które otacza tę sprawę. Nie rozumiem także wcześniejszego zachowanie rodziców, którzy zmuszają Mattię do zabrania siostry na urodziny kolegi. Wydaje mi się, że był on dostatecznie opiekuńczy w stosunku do siostry i pozwolenie mu raz pójść samemu, mogłoby mieć tylko dobre skutki, podczas gdy konieczność zabrania jej, było w skutkach tragiczne. Oczywiste jest, że Michaela wiecznie przyklejona do Matti powodowała jego ostracyzm, wzmaganie tego nie było dobra dla żadnego z dzieci.

Moje wątpliwości wzbudza także scena w łazience, kiedy Mattia zastanawia się nad pozostaniem przy Alice. Widzi, że jest tylko jedna szczoteczka, ale mimo wszystko widmo jej męża przełamuje jego chęć pozostania. Zamiast zastanowić się na tym faktem, i spytać ją, czemu jest tylko jedna szczoteczka, on sugeruje się podpisami na ręcznikach.

I tyle. Koniec krytyki i koniec zdradzania treści. Reasumując książka nie jest zła, ale nie jest też szczególnie dobra. Dodatkowo jest dość depresyjna i może popsuć czytelnikowi nastrój na jakiś czas. Dlatego też raczej jej nie polecam, a jeżeli już, to radzę zaopatrzyć się w jakieś pocieszacze.

niedziela, 17 października 2010

James Herriot: Jeśli tylko potrafiłyby mówić

Informacje ogólne
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok pierwszego wydania polskiego: 1995
Rok tego wydania: 2007
Liczba stron: 268
Wymiary: 135 x 205 mm
ISBN: 978-83-7506-053-9
Cykl: Wszystkie stworzenia duże i małe (tom 1)
Tytuł oryginału: If only they could talk

Ocena*
ocena ogólna: 4/6
fabuła: 4/6
stopień wciągania: 4/6
uczucie własne: 4/6

Jakiś czas temu, przez przypadek, znalazłam audiobooka Jeśli tylko potrafiłyby mówić. Opis wydawał się ciekawy, więc postanowiłam go przesłuchać.

Książka mnie niestety rozczarowała. Tytuł sugeruje, że jest ona o zwierzętach, podczas gdy naprawdę jest o życiu młodego weterynarza. Autor bardziej skupia się na relacjach międzyludzkich niż zwierzętach. O wiele więcej miejsca poświęca opisowi charakteru swojego szefa Zygfryda Farnona i jego młodszego brata, niż wizytom u pacjentów. Zaś nawet w czasie opisywania wizyt, więcej jest o właścicielach niż o samych zwierzętach :(

Nie zgadzam się z biblionetkowym zaszeregowaniem tej książki jako powieść. Są to raczej uporządkowane czasowo opowiadania o różnych epizodach z życia głównego bohatera. Nie słuchało się tego źle, ale jednocześnie nie cierpiałam, gdy zagłuszyłam sobie na chwilę książkę i nie leciałam cofać jak to zwykłam robić. Polecam to jako lekką lekturę w sytuacji, gdy mamy trudności na skupieniu się na książce. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że jest to o perypetiach weterynarza, a nie zwierzętach w jego życiu.

*Książki słuchałam.

sobota, 16 października 2010

Jacek Piekara: Miecz Aniołów

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok tego wydania: 2009
Rok pierwszego wydania: 2004
Liczba stron: 420
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-7574-124-7
Cykl: Mordimer Madderdin (tom 3)

Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 4/6
uczucie własne: 4+/6

Kolejna część opowiadań o Mordimerze za mną. W odróżnieniu od dwóch poprzednich części książkę czytałam, a nie słuchałam.

We wstępie Piekara pisał, że czytelnicy chcieli dłuższych opowiadań, więc takie są. No cóż, dla mnie te opowiadania były za długie. Szczególnie Głupcy idą do nieba i Kości i zwłoki mocno mnie znużyły. Pozostałe już były ok, ale uczucie niesmaku z początku pozostało. I tylko zakończenie Miecz Aniołów podniosło w moich oczach ocenę tego zbioru.

W mojej czytnikowej wersji miałam opowiadania:
1. Głupcy idą do nieba
2. Kości i zwłoki
3. Sierotki
4. Maskarada
5. Miecz Aniołów
czyli o dwa mniej niż podaje biblionetka, ale o Wąż i gołębica. Powrót piszą, że to część Łowcy dusz (czyli następnego zbioru z tego cyklu), zaś Necrosis to fragment powieści o tym samym tytule, więc narazie nie zamierzam się przejmować tym brakiem. Wszak Łowcy dusz i Necrosis(powieść) jeszcze przede mną.

Na pewno będę kontynuować czytanie cyklu o Mordimerze, choć muszę sobie od niego zrobić przerwę. Szczególnie, że ostatnio znów nabrałam strasznie dużo książek z biblioteki (wiem, wiem, czytnik miał być zamiast) i muszę się za nie zabrać, bo jakoś strasznie nie lubię oddawać nieprzeczytanych książek, choć niestety czasem mi się to zdarza ;)

Książkę czytałam na czytniku.

piątek, 15 października 2010

Jean Christophe Grangé: Zmiłuj się

Informacje ogólne
Wydawca: Albatros
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 520
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-7659-056-1
Tytuł oryginału: Miserere
Tłumaczenie: Wiktoria Melech

Ocena
ocena ogólna: 3/6
fabuła: 3/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 2/6

Zmiłuj się chyba ostatecznie zniechęciło mnie na długi czas do tego autora. Sam pomysł na fabułę był dziwny, ale już realizacja i te opowieści o torturach na dzieciach były po prostu okropne! Niby dobrnęłam do końca, ale słowo dobrnęłam jest tu dość kluczowe. W sumie to teraz nie wiem, po co ja właściwie się tak męczyłam... No cóż, komu trudno zostawić niedokończoną książkę, ten cierpi.

W ormiańskim kościele ginie organista. Emerytowany komendant policji Lionel Kasdan na własną rękę próbuje wytropić zabójcę mordującego w jego parafii. Sprawy zaczynają się gmatwać, do jego nieoficjalnego śledztwa dołącza Cédrica Volokine podejrzewający ofiarę o pedofilię. Wszystko gmatwać się jeszcze bardziej, tropy prowadzą do Chile, po drodze zaś policjanci dowiadują się mnóstwo o mających tam miejsce w przeszłości torturach.

Dodatkowym minusem książki jest tytuł, który jest totalnie niezrozumiały dopóki nie spojrzy się na tytuł oryginalny (Miserere). W tekście książki są ciągłe odwołania do psalmu 51 zwanego Miserere, co całkowicie wyjaśnia tytuł oryginalny. Słowo to znaczy po polsku zmiłuj się, ale skoro nazwa psalmu w treści książki nie jest tłumaczona to czemu wydawca przetłumaczył tytuł?! Tego ja naprawdę nie rozumiem.

Reasumując książki nie polecam. No chyba, że ktoś lubi czytać o torturach i gazowaniu Żydów (zapomniałam napisać, że o tym też było) i innych tego typu nieprzyjemnych rzeczach. Ja nie lubię i dlatego ta książka mnie męczyła.

czwartek, 14 października 2010

Francine Rivers: Głos w wietrze

Informacje ogólne
Wydawca: Pelikan
Rok wydania: 2006
Liczba stron: 612
Wymiary: 135 x 205 mm
ISBN: 83-89862-47-6
Cykl: Znamię lwa (tom 1)
Tytuł oryginału: A voice in the wind
Tłumaczenie: Adam Szymanowski

Ocena*
ocena ogólna: 4/6
fabula: 5/6
stopień wciągania: 4+/6
uczucie własne: 3/6

Dla mnie ta książka ma jedną zasadniczą wadę: jest pełna chrześcijańskiej promagandy. Jestem ateistką i w ten właśnie sposób odbieram te ciągłe odniesienia do chrześcijańskiego boga (w sensie jaki to on jest naj, jak może wszystkim pomóc itp.), sądzę jednak, że gdybym wierzyła, to nie przeszkadzało by mi to nagromadzenie takich fragmentów. Ponieważ cała fabuła oparta jest o tę propagandę i wiele wydarzeń ma miejsce właśnie dlatego, że Hadassa** jest taka wierząca, to dla mnie nie była to zbyt przyjemna lektura (bo ile można tego słuchać) i zapewne dlatego, tak długo to słuchanie mi zajęło.

Główną bohaterką książki jest Hadassa. Poznajemy ją w Jerozolimie obleganej przez Rzymian. Jej ojciec ginie w czasie jednej ze swych wypraw mających na celu mówienie o bogu, matka umiera z rozpaczy, zaś brat w obronie jej i siostry, kiedy Rzymianie wkraczają do jej domu. Hadassa wraz z siostrą zostają wzięte w niewole, ale tylko Hadassa przeżywa początkowy jej etap.
Równolegle poznajemy Atretesa** - germańskiego wojownika, który po śmierci ojca zostaje wodzem plemienia i wiedzie swoich ludzi na Rzymian (właśnie trwa powstanie). Niestety w czasie swojej pierwszej bitwy w nowej roli zostaje schwytany i trafia do szkoły gladiatorów.
Kolejnymi ważnymi bohaterami są Marcus** i jego siostra Julia. Są oni dziećmi bogatego kupca, który wiele lat temu kupił sobie rzymskie obywatelstwo. Ich rodzice są bardzo konserwatywni, co powoduje, że na każdym kroku kontrolują Julię, zaś jej samodzielny brat co chwila wdaje się w kłótnie z ojcem.
Mimo, że te trzy wątki prowadzone są początkowo oddzielnie, oczywiste jest, że bohaterowie muszą się w końcu spotkać, i tak oczywiście się dzieje. Hadassa zostaje niewolnica Julii, Atretes zaś trafia na Rzymską arenę. Z czasem ich losy stają się coraz bardziej zależne.

Generalnie książka nie jest zła. Tylko za bardzo, jak dla mnie, to wszystko kręci wokół wiary Hadassy w Chrystusa i dla kogoś kto tej wiary nie podziela, ciągłe o niej słuchanie jest męczące. Szczególnie jak dochodzimy do momentów, w których zachowanie Hadassy wyjaśnia tylko ta wiara, w oczach zaś człowieka niewierzącego są ono po prostu głupie. Jestem prawie pewna, że osobą wierzącym tak książka ma szansę bardzo przypaść do gustu i tylko takim osobą ją polecam. Ja osobiście żałuję, że po nią sięgnęłam, bo będąc ciekawa dalszych losów bohaterów słuchałam dalej, teraz zaś kiedy ją skończyłam, mam, mimo wszystko, zamiar wysłuchać także dwóch kolejnych części trylogii, choć zamierzam zrobić to dopiero za jakiś czas.

*Książki słuchałam
**Imiona bohaterów pisane ze słuchu

środa, 13 października 2010

Karin Fossum: Oko Ewy

Informacje ogólne
Wydawca: Książnica
Rok pierwszego wydania polskiego: 1995
Liczba stron: 282
Cykl: Konrad Sejer (tom 1)
Tytuł oryginału: Evas øye
Tłumaczenie: Maria Gołębiewska-Bijak

Ocena
ocena ogólna: 5/6
fabuła: 5/6
stopień wciągania: 5/6
uczucie własne: 5/6

Do przeczytanie powieści tej autorki zachęciła mnie oczywiście Kalio swoją recenzją Nie oglądaj się. To jest druga część cyklu Konrad Sejer, ponieważ ja lubię zaczynać od początku (nawet kryminały), więc wypożyczyłam sobie z biblioteki Oko Ewy.

Kryminał ten jest o tyle niezwykły, że wydarzenia są przedstawione bardziej z perspektywy zamieszanej w niej osoby (czyli właśnie tytułowej Ewy) niż policjantów. Moim zdaniem ten zabieg narracyjny jest całkiem udany.

Ewa jest malarką, której obrazy niestety się nie sprzedają, więc ledwo wiąże koniec z końcem. Jej samej może by to nie przeszkadzało, ale jest także matką samotnie wychowującą córkę, która niestety ma niespożyty apetyt. Pewnego dnia w czasie spaceru nad rzeką, Ewa znajduje zwłoki. Z jej myśli dowiadujemy się, że mężczyzna jest jej znany, ona zaś w żaden sposób nie chce się mieszać. Ewa mówi córce, że zadzwoni na policję, ale nie zaczekają na nich. Zamiast na policję dzwoni do ojca (aby mała nic nie podejrzewała) i czym prędzej opuszcza miejsce znalezienia zwłok.
Śmierć mężczyzny to drugie niewyjaśnione morderstwo w tej okolicy. Pierwszą zmarłą była dawna przyjaciółka Ewy, z którą spotkała się tuż przed jej śmiercią pierwszy raz od 25 lat. Policja zastanawia się, czy te sprawy są ze sobą jakoś powiązane i dochodzi do dość zaskakujących rezultatów...

Moim zdaniem książka jest bardzo dobra. Na pewno za jakiś czas sięgnę po kolejną książkę tej autorki. Ciekawy jest zabieg oglądania wszystkiego z punktu widzenia Ewy, a nie policji. Myślę, że książkę mogę spokojnie polecić każdemu :)

wtorek, 12 października 2010

Peter V. Brett: Pustynna Włócznia (tom 1 i 2)

Informacje ogólne
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 528, 664
Wymiary: 125 x 205 mm
ISBN: 978-83-7574-268-8, 978-83-7574-272-5
Cykl: Trylogia Demonów (część druga, tomy 3-4)
Tytuł oryginału: Demon Trilogy: The Desert Spear
Tłumaczenie: Marcin Mortka
Ocena
ocena ogólna: 5+/6
fabuła: 5+/6
stopień wciągania: 5+/6
uczucie własne: 5+/6

Pustynna Włócznia to druga część Trylogii demonów, którą znów w Polsce podzielono na dwie księgi. Głównym bohaterem jest Jardir - krasjański Shar’Dama Ka, czyli wojenny i duchowy przywódca.

Książka rozpoczyna się od zdobycia Fort Rizon przez Krasjan. Potem cofamy się w czasie i poznajemy drogę Jadira od biednego chłopca, do przywódcy wszystkich Krasjan. Ta część książki nie jest zbyt porywająca, choć pozwala spojrzeć na część wydarzeń z Malowanego człowieka z punktu widzenia Jadira.
Następnie Brett porzuca na trochę Jadira i wracamy do osób znanych nam z przeszłości Arlena. Obserwujemy także Naznaczonego i jego reakcję na inwazję Krasjan. W końcu wszystko zaczyna się w dość niespodziewany sposób łączyć.
W Pustynnej Włóczni poznajemy kolejny rodzaje demonów: demony umysłu - będące przywódcami innym demonów i umiejące wpływać na umysły ludzi, oraz demony zmiennokształtne - ich ochroniarzy. W książce poznajemy dwóch książąt demonów i oni obaj mają w pewnym momencie znaczący wpływ na wydarzenia.

Generalnie Pustynna Włócznia bardzo mi się podobała. Trochę znużył mnie początek pierwszej księgi, ale potem zaczęło być coraz ciekawiej. Oczywiście pierwsza księga skończyła się dość intrygującym momencie, więc od razu sięgnęłam po drugą. Bardzo mi także przypadło do gustu zakończenie drugiej księgi :) Choć oczywiście historia nie jest skończona i czekam na wydanie ostatniej części trylogii...

Książkę czytałam na czytniku.

niedziela, 10 października 2010

Sebastian Fitzek: Terapia

Informacje ogólne
Wydawca: G+J Gruner+Jahr
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 282
Wymiary: 14.0 x 20.0cm
ISBN: 978-83-60376-13-3
Tytuł oryginału: Die therapie
Tłumaczenie: Barbara Tarnas

Ocena
ocena ogólna: 3+/6
fabuła: 3/6
stopień wciągania: 5/6
uczucie własne: 3/6

Książka opowiada o psychiatrze, którego córka zniknęła w czasie wizyty u alergologa. Dziewczynka od kilku lat cierpiała na tajemniczą chorobę, której nikt nie był w stanie zdiagnozować, zaś podczas wizyty u alergologa zniknęła, kiedy ojciec udał się do toalety...

Generalnie książka mi się za bardzo nie podobała. Niby miała niezłą wciągalność, ale niestety tylko to. Jak dla mnie jest ona za bardzo zakręcona i zbyt schizofreniczna. Raczej nie sięgnę po inne pozycje autora.

środa, 6 października 2010

Don Wollheim proponuje - 1986: Najlepsze opowiadania science fiction roku 1985

Informacje ogólne
Wydawca: Alfa
Rok wydania: 1986
Liczba stron: 291
ISBN: 83-7001-161-6
Seria: Don Wollheim proponuje
Tytuł oryginału: The 1986 Annual World's Best SF
Tłumaczenie: opracowanie zbiorowe

Ocena
ocena ogólna: 4/6

Do przeczytania tej antologii zachęcił mnie Ł, któremu ona się bardzo podobała. Tego że dałam się namówić nie żałuję, aczkolwiek jest ona bardzo nierówna.

Zbiór składa się z następujących opowiadań:
1. J.Brian Clarke - Wrota Ziemi (Earthgate)
2. Ian Watson - Stowarzyszenie Sennej Telewizji (On the Dream Channel Panel)
3. Gardner Dozois, Jack Dann, Michael Swanwick - Bogowie Marsa (The Gods of Mars)
4. Lucius Shepard- Łowca jaguarów (The Jaguar Hunter)
5. Robert Silverberg - Pożeglować do Bizancjum (Sailing to Byzantium)
6. Jayge Carr - Pajęczarka (Webrider)
7. Harlan Ellison - Z Virgilem Oddumem na Biegunie Wschodnim (With Virgil Oddum at the East Pole)
8. Connie Willis - Klątwa królów Kolchidy (The Curse of Kings)
9. Frederik Pohl - Fermi i mróz (Fermi and Frost) nagroda Hugo '86
10. C.J.Cherryh - Wykopaliska (Pots)

Wrota Ziemi to moim zdaniem najlepsze opowiadanie z tego zbioru. Przyszłość, jesteśmy jedną z dwóch ras rozumnych. Dokładnie pośrodku między Ziemią a macierzystą planetą drugiej z ras, odkryto planetę, na której znajduje się wiele wrót. Wszystkie, poza dwoma, prowadzą na niezamieszkane planety. Dwoje wrót nie działa.
Ziemianie prowadzą zmasowaną kolonizację odpowiednich do zamieszkania planet. Sam przelot przez wrota jest prawie natychmiastowy, ale wąskim gardłem jest konieczność przetransportowania ludzi z Ziemi na planetę wrót.
Istnieje teoria, że niedziałające wrota prowadzą na macierzyste planety rozumnych ras. Na Ziemi istnieje specjalny zespół szukający ziemskich wrót. Szef zespołu ma teorię, że odpowiedzi nie należy szukać na Ziemi, a na planecie wrót i wysyła tam jedną z podwładnych. Istnieje podejrzenie, że przedsięwzięcie jest sabotowane przez firmę przewożącą pragnących się przesiedlić ludzi. W czasie poszukiwań należy zachować daleko idącą ostrożność...

Stowarzyszenie Sennej Telewizji jest dla odmiany jednym ze słabszych opowiadań. Pewnemu nauczycielowi od jakiegoś czasu śnią się reklamy dziwnych produktów żywnościowych. Zaczyna się zastanawiać, czy nie jest to jakiś eksperyment z reklamą senną i poprzez prasę zaczyna szukać osób z podobnymi snami. Wynik jest dość zaskakujący...

Opowiadanie Bogowie Marsa w sumie mi się podobało, choć cały czas właściwie czytelnik nie wiem, które przygody bohaterów są prawdziwe, a które są urojeniem...
Ziemski statek dolatuje do Marsa. Człowiek po raz pierwszy ma postawić stopę na czerwonej planecie. Przez nieuwagę jednego z członków, załoga straciła niezawodny sposób porozumiewania się z Ziemią i skazana jest na zawodne transmisje, podczas gdy właśnie nadciąga burza słoneczna. Po długich wahaniach dowódca podejmuje ryzyko i ląduje. To co widzą ludzie jest całkowicie inne od tego co rejestruje kamera, która wizja jest prawdziwa?

Łowca jaguarów jest opowiadaniem dość dziwnym. Główny bohater jest Indianinem, który coraz bardziej aklimatyzuje się w kulturze białych. Kiedyś był sławnym łowcą jaguarów i teraz, w wyniku rozrzutności swojej żony, jest zmuszony jeszcze raz zapolować. Jaguar, którego ma zabić, jest inny od tych na które polował. Według wierzeń jego ludu, takich jaguarów nie wolno zabijać. Jednak chęć zysku i naprawienia małżeńskich relacji zwycięża stare wierzenia i Indianin wyrusza na polowanie. Czy aby na pewno był to dobry wybór?

Pożeglować do Bizancjum opowiada o Ziemi przyszłość, na której jednocześnie może się znajdować dokładnie pięć miast, w których są odtwarzane słynne miasta z przeszłości. Główny bohater jest inny od reszty społeczeństwa ponieważ pochodzi z XX wieku, choć nie pamięta wszystkich szczegółów. Razem z nim poznajemy ten świat przyszłości, który nie dla wszystkich okazuje się taką idyllą na jaką wygląda.

Pajęczarka opowiada o pewnej Pajęczarce, czyli jednej z niewielu osób potrafiącej podróżować po Sieci. Zawód ten jest bardzo niebezpieczny, bo brak umiejętności lub nawet najmniejsza dekoncentracja grozi śmiercią. Mimo to jest mnóstwo osób wielbiących Pajęciarzy i chcących pójść w ich ślady. Część z nich jest tak zdesperowanych, aby spróbować podróż siecią i w większości przypadków przypłacają to śmiercią.
To opowiadanie bardzo mi się podobało. Być może dlatego, że skojarzyło mi się z powieścią Pieśń Kryształu McCaffrey i podobnym motywem podziwu dla przedstawicieli elitarnego zawodu, który jednak poza zaletami ma też mnóstwo wad. Nie wiem... w każdym razie jest dla mnie drugim co do jakości opowiadaniem z tego zbioru (po Wrotach Ziemi).

Z Virgilem Oddumem na Biegunie Wschodnim to kolejne opowiadanie z cyklu dziwnych. Właściwie sama do końca nie wiem o czym ono jest, więc nie umiem nic o nim napisać. W każdym razie nie zachęciło mnie do dalszego poznawania autora.

Klątwa królów Kolchidy opowiada o znalezieniu skarbu na planecie Kolchida, o dziennikarzu żądnym sensacji i o zmaganiu się z czasem - aby zdążyć wywieźć skarb, zanim łapy położy na nim tutejszy władca. Dało się przeczytać, ale generalnie nic ciekawego.

Fermi i mróz opowiada o nuklearnej zagładzie świata. Wrogie mocarstwa wystrzeliwują bomby jądrowe, które niszczą znaczną część Ziemi. Czy ludzkość przetrwa taką zagładę?

Wykopaliska są jakby odpowiedzią na Fermi i mróz. Opowiadają o kosmicznych podróżnikach przyszłości, którzy badają jedną z napotkanych planet. Znalezione na niej przedmioty okazują się podważać mit ich pochodzenia...

Generalnie zbió czytało się dość dobrze i pewnie w przyszłości sięgnę jeszcze po jakąś antologię z tej serii, ale kiedy to będzie nie wie nikt ;)

niedziela, 3 października 2010

Agnieszka Graff: Świat bez kobiet

Informacje ogólne
Wydawca: WAB
Rok tego wydania: 2008
Rok pierwszego wydania: 2001
Liczba stron: 296
Wymiary: 123 x 195 mm
ISBN: 978-83-7414-451-3

Ocena
ocena ogólna: 6/6

Fakt istnieja tej książki odkryła przede mną Moreni i od tamtej chwili było dla mnie jasne, że książkę tę po prostu muszę przeczytać.

Agnieszka Graff pisze w swojej książce o wielu sprawach. Dla mnie największym odkryciem była kwestia języka i jego bezpośredniego związku z dyskryminacją kobiet. Choć do tej pory uważałam dodawanie żeńskich końcówek do niektórych zawodów za śmieszne, no bo jak to brzmi: psycholożka to po przeczytaniu tej książki zmieniłam zdanie. Dopóki nie obsłuchamy się ze słowami takimi jak np.: prawniczka, polityczka, ministerka, premierka czy adwokatka (i to bez skojarzeń z teczką) podświadomie język będzie narzucał widzenie kobiet jako gorsze od mężczyzn. Dopóki nie wyrzucimy z naszego języka "męskiej decyzji" (jako synonimu poważniej decyzji), zachęt "bądź mężczyzną" (bądź silny, odważny, nie daj się zdominować) i innych zwrotów sugerujących nam bez przerwy, że kobiety są gorsze, to prawdziwego równouprawnienia nie będzie.
Wszak cały czas w wielu domach pokutuje "tradycyjny" model rodziny: mama sprząta w domu, gotuje, wychowuje dzieci, ojciec przychodzi z pracy i odpoczywa, co gorsza nawet wtedy gdy jego żona także ma swoja pracę zawodową. Jeżeli w szkole dzieci nie dostaną silnych wzorców równościowych, to wychowane zostanie kolejne pokolenie, w którym kobiety będą dyskryminowane, a co więcej same będą bronić takiego stanu.

Kolejnym sposobem pomijania sprawy dyskryminacji kobiet, jest traktowanie feminnistek jak wariatek. Przecież one to potrafią tylko palić staniki (ten pokutujący mit o paleniu staników jest nieprawdziwy - szczegóły w książce) i wcale nie są "normalnymi" kobietami. Ja po prostu nie rozumiem, jak ludzie dają sobie wmówić takie bzdury. Jak kobiety (!) dają sobą tak manipulować, że wierzą, że feministki wcale nie walczą o ich dobro? Wiem, wychowanie, stereotypy, język i mamy kobiety przekonane, że "przecież mamy równouprawnienie", choć do niego jeszcze bardzo daleko...

Dopiero ta książka uświadomiła mi, jak powoli w debacie o aborcji kobieta zaczęła znikać, zastępowana przez swój brzuch, jak zamiast płodu niepostrzeżenie już od pierwszych dni zaczęło pojawiać się dziecko, choć od zapłodnienia do dziecka droga jest bardzo daleka... Szokujące są opisane w tej książce relacje kobiet, którym odmówiono możliwości legalnej aborcji. Kobieta, u której badania prenatalne wykazały zespół Downa u płodu, miała szczęści: w końcu znalazła szpital, w którym przerwano jej ciążę.
Alicja T. (jak sądzę chodzi o Alicję Tysiąc) już takiego szczęścia nie miała. Alicja nie powinna mieć więcej dzieci ze względu na problemy ze wzrokiem. Jej okulistka, już przy poprzedniej ciąży mówiła, że Alicja powinna była ją przerwać, kiedy jednak Alicja poszła do niej, ona wszystkiego się wyparła. Na podróżach od lekarz, do lekarza, upływał czas, aż w końcu było za późno i dziecko przyszło na świat, zaś jego matka prawie całkowicie straciła wzrok, każda czynność może spowodować ostateczną jego utratę. I kto wtedy zaopiekuje się jej trójką dzieci? Skąd ona ma brać pieniądze na swoje leki? Jak można przedkładać narodziny dziecka (bo nikt mi nie wmówi, że mówimy o jakimkolwiek jego dobru) nad dobro jego matki i jej już urodzonych dzieci?
Ostatnia historia opowiada o kobiecie, która po prostu nie chciała mieć kolejnego dziecka. Ponieważ nie było żadnych wskazań do legalnej aborcji, zdecydowała się na podziemie aborcyjne. Okazało się, że znalezienie lekarza, który dokona aborcji, to naprawdę żaden problem. Trzeba tylko mieć parę tysięcy i po kłopocie... niestety nie każdy te parę tysięcy ma...

Jak można się domyśleć z powyższego tekstu, ja jestem całkowicie za prawem kobiet do aborcji, niezależnie od powodów. Uważam, że kobieta ma prawo decydować o swoim brzuchu i żadne państwo nie powinno regulować kiedy może, a kiedy nie, usunąć ciążę. Jednak przekonałam się ostatnio, że nawet ja poddałam się wpływowi, języka tej debaty. Słuchałam sobie ostatnio Głosu w wietrze i tam jest fragment o przerwaniu ciąży: jedna starożytna Rzymianka mówi drugiej, że przecież może przerwać ciążę (ja: skoro wiedzą jak, to może); ta w ciąży, że jak to ona ma zabić swoje dziecko! (ja: no tak, no przecież nie zabije swojego dziecka); pierwsza Rzymianka tłumaczy jej, że to nawet jeszcze nie jest dziecko (ja: zaraz wróć, ale mnie otumanili, przecież to nie jest dziecko, to jest płód). Jak widać język może na chwilę otumanić nawet osobę o zdecydowanych poglądach, a co dopiero mówić o osobach, które nie mają wyrobionego zdania...

To nie są wszystkie tematy, które porusza pani Graff, ale te najbardziej mnie poruszyły. W powyższym tekście jest sporo moich opinii, pobudzonych przez lekturę tej książki. Uważam, że każdy powinien tę książkę przeczytać. Nie jako przyjemną lekturę na popołudnie, ale jako książkę nad którą należy się zastanowić. Bo przerażające jest, jak przechodzimy do porządku dziennego nad obecna wokół nas dyskryminacją kobiet.

sobota, 2 października 2010

Suzanne Collins: Kosogłos (Mockingjay)

Informacje ogólne
Wydawca: Scholastic Press
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 400
Wymiary: 8.3 x 5.9 x 1.3 cali
ISBN: 978-0439023511
Trylogia: Igrzyska śmierci (tom 3)
Tytuł oryginału: Mockingjay
Tłumaczenie: tłumaczenie nieoficjalne

Ocena
ocena ogólna: 4+/6
fabuła: 3/6
stopień wciągania: 6/6
uczucie własne: 4/6

Z niecierpliwością wyczekiwałam premiery Mockingjay i momentu, kiedy będzie można znaleźć go w sieci i niedługo po tym zaczęłam czytać. Czytanie szło mi dość słabo, bo czytanie po angielsku wieczorem, kiedy człowiek jest już zmęczony, to nie jest najprostsza rzecz. Kilka dni temu znalazłam w sieci nieoficjalne tłumaczenia, które spowodowało, że książkę przeczytałam w dwa dni.

Cóż Kosogłos ma tak samo mocną wciągalność jak poprzednie części trylogii, ale niestety fabuła już nie jest taka dobra. Czytając ją miałam wrażenie, że autorka na siłę chciała coś dopisać do dwóch poprzednich części, że niby miała jakiś pomysł, ale realizacja już ja przerosła. Początek książki był nawet niezły, ale im dalej, tym gorzej.
Nie podobał mi się pomysł ze zmienianiem osobowości poprzez wstrzykiwanie jadu gończych os, zaś jeszcze mniej śmierć jednej z ważnych postaci drugoplanowych w wyniku drugiego wybuchu spadochronów. Zaś finałowa rozmowa o głodowych igrzyskach przelała czarę goryczy. A przecież wszystko zmierzało do tego prawie od początku...

Wiem, że pisze bardzo mgliście, ale nie chce napisać nic, co zdradziłoby zakończenia poprzednich części. W każdym razie mi finałowy tom trylogii się nie podobał. Ponieważ nastawiałam się na coś bardzo dobrego, tym bardziej czuję się rozczarowana. Dwa pierwsze tomy były świetne, dlatego zachęcam do zapoznania się z tą trylogia, ale ostrzegam, że do ostatniego tomu należy podejść ostrożnie i bez wygórowanych wymagań, bo inaczej, tak jak ja, przeżyjecie wielkie rozczarowanie.

Książkę czytałam na czytniku.

piątek, 1 października 2010

Anne Bishop: Serce Kaeleer

Informacje ogólne
Wydawca: Initium
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 448
Wymiary: 150 x 215 mm
ISBN: 978-83-927322-5-9
Cykl: Czarne kamienie (tom 4)
Tytuł oryginału: Dreams Made Flesh
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska

Ocena
ocena ogólna: 6=/6
fabuła: 5+/6
stopień wciągania: 6/6
uczucie własne: 6=/6

Miałam spory problem z ocenieniem tej książki jako całości, ponieważ jest ona zbiorem bardzo nierównych opowiadań. Dlatego też recenzję napiszę dla każdego z nich oddzielnie.


Prządka marzeń opowiada o powstaniu pająków - krewniaków - prządek marzeń. Styl narracji był do zniesienia, tylko dlatego, że opowiadanie było naprawdę ekstremalnie krótkie.


Książę Ebon Rih jest najlepszym opowiadaniem w tym zbiorze.

Akcja dzieje się po wypadkach w Dziedziczce cieni a przed tymi w Królowej ciemności. Lucivar świeżo wprowadził się do nowego domu i potrzebuje gospodyni, aby kobiety z okolicy nie zamęczały go swoimi odwiedzinami. Szczególnie dokuczliwa jest Roxie, pragnąca za wszelką cenę zaciągnąć go do łóżka.
Jaenelle właśnie uratowała od gwałtu młodą eyrieńską czarownicę, którą tymczasowo umieściła niestety u Luthvarian, a która doskonale nada się na gosposię Lucivara. Marian jest początkowo bardzo przestraszona i ma wielkie problemy z poczuciem własnej wartości, bo jest przecież "tylko domową czarownicą z jasnymi kamieniami", powoli jednak zyskuje pewność siebie. Między księciem a jego gosposią zaczyna iskrzyć, choć początkowo żadne z nich nie widzi zaangażowania drugiej strony. Niestety nie wszyscy są przychylni temu związkowi...

Opowiadanie to było po prostu świetne. A ponieważ zaczęłam czytać je wieczorem, to zarwałam przez nie noc, ale po prostu nie mogła poczekać do następnego wieczoru na zakończenie. W niektórych momentach było bardzo zabawne (wiecie, że garnek nie jest dobry jako broń do rzucania, ale patelnia już tak), w niektórych wzruszające, a w każdym po prostu świetne. Dla tego opowiadania można przymknąć oko na wady pozostałych.


Zuulaman opowiada o wydarzeniach z przeszłości Seatana. Jest ono dość okrutne i wzruszająco smutne. Pokazuje możliwości czarnych kamieni i przywiązanie Seatana do jego dzieci.
Nie rozumiem tylko czemu Lucivar trafił do kopalni, gdzie miał duże szanse zginąć, skoro Seatana zagroził powtórzeniem Zuulamanu, gdyby któryś z jego synów umarł (tego dowiadujemy się w Księciu Ebon Rih). Trochę się to w tym miejscu nie zazębia, jakby autorka wymyśliła tę historię już po napisaniu trylogii i nie przejęła się zbytnio, że nie wszystko się zgadza. Kojarzycie może czy jest w trylogii jakaś wzmianka o Zuulamanie?


Serce Kaeleer opisuje dalsze losy Jeanelle i Daemona: Jej powrót do zdrowia po uratowaniu Krwawych, jej niewiarę, że podoba się jeszcze Daemonowi, jego przeświadczenie że ją traci. Jest także czarownica, która chce zyskać w Daemonie swojego kochanka, która nie zdaje sobie sprawy, że właśnie zaczęła taniec z Sadystą. Poza tym dowiadujemy się, czemu Jeanelle nie odzyskała swoich Hebanowych Kamieni i czym jest jej Świt Zmierzchu, o czym w miarę równolegle dowiadują się Daemon i Seatan.


Postawiłam tej książce 6= i tylko Książę Ebon Rih uratował ją przed wpadnięciem w piątkowy przedział. Serce Kaeleer było dobre, nawet bardzo dobre, ale... no nie wiem coś mi w nim przeszkadzało. Zuulaman też był całkiem niezły, ale mi zgrzytała ta niespójność, więc nie do końca jestem z niego zadowolona, ale Książę naprawia wszystko i dlatego mimo wszystko 6, choć na szynach ;)

Książkę czytałam na czytniku.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...